Agent nieruchomości, czyli James Bond w wersji budżetowej, czy prawdziwa misja specjalna?

Pośrednika nieruchomości nazywa się agentem. Często, gdy to słyszę, widzę, że ktoś uśmiecha się pod nosem. Agent kojarzy się ze smokingiem, martini i ratowaniem świata. A pośrednik? Z otwieraczem drzwi i wysoką prowizją „za nic”.

Im dłużej pracuję w tym zawodzie, tym bardziej widzę, że nazywanie pośrednika agentem jest trafne tak idealnie, jak idealne jest Martini wstrząśnięte, nie mieszane. Różnica polega jedynie na tym, że u nas nie ma dublerów, scenariusza i happy end nie jest gwarantowany.

Gdyby ktoś chciał nakręcić film akcji o pracy agenta nieruchomości, najprawdopodobniej usłyszałby, że scenariusz jest zbyt niewiarygodny. Za dużo emocji, za mało logiki. Zbyt wiele zwrotów akcji, za szybkie tempo i główny bohater, który zamiast ratować świat, ratuje transakcje przed.. ludzkimi emocjami?! ..a jednak to nie fikcja literacka wynikająca z bujności wyobraźni jej autora. Te wszystkie scenariusze pisze życie. To codzienność branży, która śmiało może uchodzić za misję specjalną.

Każda misja zaczyna się od tego samego zdania: Chcemy sprzedać nieruchomość. Brzmi niewinnie? To zdanie jest tylko przykrywką. W rzeczywistości jest to sygnał alarmowy, po którym w mojej głowie zapalają się wszystkie kontrolki, bo wiem, że pod nim kryje się wszystko: rozwód, spadek, kredyt, przeprowadzka, życiowy reset albo ambitne: sprzedamy drożej, bo sąsiad też próbował. Za chwilę usłyszę że:

– cena nie podlega negocjacji,

– sąsiad sprzedał drożej (choć nie sprzedał),

– rynek „na pewno to kupi”,

– i że „nie spieszy nam się”, co zazwyczaj oznacza: chcemy szybko, ale po swojemu.

Wchodzę do nieruchomości bez broni, za to z doświadczeniem. Rozpoznaję teren. Patrzę na ściany, podłogi, na ludzi i ich emocje. Na napięcia. Ja nie sprzedaję metrów kwadratowych. Sprzedaję decyzje, z którymi ktoś będzie żył latami.

Kolejnym etapem misji jest moment, w którym muszę delikatnie wyjaśnić właścicielom, że rynek nie ma uczuć i nie wzrusza się historią dziecięcego pokoju. Rynek nie docenia meblościanki „jak nowej” i absolutnie nie interesuje go, że „to jeszcze całkiem dobre”. Moim zadaniem jest powiedzieć to wszystko tak, by klient nie miał ochoty wyrzucić mnie od razu za drzwi. To często nie lada wyzwanie. Prawdą jest, że przygotowanie nieruchomości do sprzedaży to wręcz chirurgiczna operacja na emocjach właściciela. Trzeba precyzyjnie odciąć przeszłość, żeby zrobić miejsce przyszłości i nie stracić pacjenta, co nie zawsze jest przyjemne.

Kiedy oferta trafia na rynek i pojawiają się kupujący zaczyna się prawdziwe kino. Każdy przychodzi z własnym scenariuszem i przekonaniem, że wie lepiej. Jeden negocjuje dla zasady. Drugi cytuje internet. Trzeci mówi, że musi to przemyśleć, choć myśli głównie o tym, jak zejść z ceny. Ja jestem pomiędzy nimi, a sprzedającym jak tłumacz między dwoma światami, które mówią tym samym językiem, ale kompletnie się nie słuchają. Odbijam argumenty z uśmiechem, czasem z ironią, zawsze z klasą i bez emocji, bo w tej grze nie wygrywa ten, kto mówi głośniej. Tutaj wygrywa ten, kto panuje nad emocjami. A ja jestem tu, by doprowadzić misję do końca.

Myślisz, że najtrudniejszym elementem tej pracy są negocjacje? To zapraszam do świata dokumentów. Jeśli coś w tej branży naprawdę potrafi wysadzić misję w powietrze, to nie cena. To papier. Księgi wieczyste, urzędy, błędy, terminy i decyzje sprzed lat, które nagle postanawiają wrócić na scenę, jak bohater drugiego planu. Tu nie ma miejsca na improwizację. To moment, w którym kończy się ironia, a zaczyna odpowiedzialność. Właśnie wtedy zamieniam się w specjalistkę od spraw trudnych i bardzo trudnych. Jedna pomyłka i cała transakcja trafia do archiwum pt prawie się udało, gdzie prawie robi wszystkim zainteresowanym naprawdę dużą różnicę. Dlatego, od początku misji sprawdzam, analizuję, pytam i tłumaczę klientom, że „to tylko formalność” bywa najbardziej niekorzystnym uproszczeniem świata.

Finał misji jest pozornie spokojny. Nie słychać fanfar. Jest notariusz, dokumenty, długopisy i cisza. W filmach w tym momencie leci muzyka. U mnie leci myśl: czy wszystko jest dopięte. Jestem opanowana, choć wiem, że do ostatniej chwili wszystko może się wydarzyć. Kiedy padają podpisy, nie ma oklasków. Jest ulga i satysfakcja, że świat moich klientów właśnie bezpiecznie zmienił adres.

Pośrednictwo w obrocie nieruchomościami to nie transakcje, jak kupno tostera. Tu w grę wchodzą emocje, ambicje, rodzinne historie i pieniądze, które bardzo często są „wszystkim, co ktoś ma”. ..a Agent? Nosi marynarkę zamiast smokingu, telefon zamiast pistoletu i uśmiech, który musi wytrzymać więcej niż niejeden kevlar. Jako agent nieruchomości działam w terenie, gdzie emocje są ostrzejsze niż argumenty, a jedna źle poprowadzona rozmowa potrafi wysadzić w powietrze transakcję wartą setki tysięcy złotych. To nie jest zawód dla ludzi o słabych nerwach. To kino akcji, w którym nikt nie zadbał o dublerów i efekty specjalne.

Wiesz już dlaczego mówię o sobie: agent, skoro nie ratuję świata i nie piję martini w pracy? Mówię tak z dumą i przekonaniem, bo codziennie wchodzę w sytuacje, w których stawką są pieniądze, bezpieczeństwo i spokój moich klientów, a moim zadaniem jest zrobić wszystko, by zapewnić im bezpieczne zakończenie misji.

Dla mnie agent to nie tytuł. To odpowiedzialność, którą świadomie przyjmuję na czas trwania misji.

Autorka: Terra Fanin

Agentka 001 w REMAX Speedway Zielona Góra, która wierzy, że domy mają duszę, a ludzie emocje, które trzeba zrozumieć, by połączyć jedno z drugim w pasującą całość. Autorka prelekcji „Magia pierwszego wrażenia”, z dystansem do siebie i ogromną miłością do tego, co robi.

terra_fanin.remax-polska.pl

facebook.com/TerraFaninREMAXspeedway