Trudne czasy tworzą dobrych pośredników – Wywiad z Natalią Drysiak

Aleksandra Zalewska-Stankiewicz

Natalia Drysiak, charyzmatyczna i autentyczna pośredniczka. Na rynku działa od 14 lat, a od 5 lat pod własnym szyldem. Swoimi działaniami zmienia rynek nieruchomości, mówiąc nie tylko o blaskach, ale i cieniach pracy pośrednika – emocjonalnym rollercoasterze, trudnych sytuacjach i niestabilności finansowej.
O trudnej sztuce bycia pośrednikiem rozmawiam z Natalią Drysiak.

Aleksandra Zalewska-Stankiewicz: Czego chce dziś od życia Natalia Drysiak?
Natalia Drysiak: Prywatnie – spokoju i zarazem podróżniczych, szalonych przygód. Będąc singielką zaczynam też marzyć o własnej rodzinie. Jako pośredniczka chciałabym wciąż wyznaczać coraz wyższe standardy i przekraczać kolejne ograniczenia.

A.Z.-S.: W Twoim życiu jest teraz miejsce na kolejne role – bycie córką, siostrą, przyjaciółką?
N.D.: Jak najbardziej. Największą wartością jest moja rodzina. To na nich mogłam najbardziej polegać, kiedy mój świat się zawalił. Sześć lat temu zachorowałam na zespół Guillaina-Barrégo, powikłanie po grypie, objawiające się osłabieniem mięśni. Leżałam sparaliżowana, a lekarze dawali mi marne szanse na to, że będę chodzić. W ciężkim stanie trafiłam do sanatorium, nad polskie morze, gdzie przebywali emerytowani marynarze. To była niesamowita lekcja życia, usłyszałam wtedy od 90-latków, że życie jest zbyt krótkie, aby poświęcać je wyłącznie na pracę. Odzyskałam zdrowie i sprawność, co traktuję w kategorii cudu. Praca jest dla mnie ważna, ale dziś pielęgnuję każdą z ról, które wymieniłaś.

A.Z.-S.: Przypominasz wolnego ptaka, który lata swoimi ścieżkami. Czy niezależność sprawdza się w pośrednictwie?
N.D.: Czuję się wolnym ptakiem. W tej branży najlepiej odnajdują się ludzie, którzy mają do siebie dystans. Jeśli pośrednik nie szanuje drugiego człowieka i już na początku pracy jest nastawiony wyłącznie na szybki sukces i duże zyski, nie zdobędzie zaufania ani sympatii klientów. A nieruchomości najczęściej kupujemy od pośredników, których lubimy.

A.Z.-S.: W branży jesteś od 2008 roku, osiągnęłaś duży sukces. Zbudowałaś go przede wszystkim dzięki byciu autentyczną, co w Twoim przypadku idzie w parze z profesjonalizmem. Jak pogodzić te dwie kwestie?
N.D.: Lubię swoją pracę. W drugim człowieku zawsze szukam człowieka, jego emocji i potrzeb, pewnie dlatego jestem autentyczna dla moich klientów. Nawiązuję dobre relacje z innymi ludźmi, ale pamiętam też o tym, że sama sympatia płynąca ze strony klientów nie spowoduje, że kupią ode mnie nieruchomość. Dbam więc nie tylko o dobre relacje, ale też o najwyższą jakość mojej pracy. Dzisiaj sama umiejętność budowania relacji to trochę za mało, w związku z tym cały czas aktualizuję swoją wiedzę, śledzę rynek, wprowadzam nowinki technologiczne, dzięki którym mogę być lepszym pośrednikiem. Wciąż szukam nowych pomysłów na rozwój firmy.

A.Z.-S.: Dlaczego jednemu pośrednikowi udaje się osiągnąć sukces, a inny szybko się wypala?
N.D.: Dziś każdy może być pośrednikiem, a ostatnie 2 lata sprzyjały szybkiej sprzedaży. Każdy ma dostęp do wszystkich narzędzi sprzedażowych
i marketingowych dostępnych na rynku – na przykład do home stagingu, sesji fotograficznych czy filmów reklamowych. Warto jednak zauważyć, że tylko najlepsi wiedzą, jak poprawnie stosować te narzędzia. Ja korzystam z tych możliwości, ale w taki sposób, aby klient nie poczuł oszustwa. Na przykład nigdy nie przedstawiam na zdjęciach nieruchomości innymi, niż są w rzeczywistości. Zazwyczaj moi klienci mówią, że nieruchomości, które sprzedaję, na żywo prezentują się jeszcze lepiej niż na zdjęciach. Takie drobiazgi są ważne i wpływają na profesjonalizm i autentyczność pośrednika. Poza tym pośrednictwo to praca dla osób, które są kreatywne i wciąż chcą w siebie inwestować. Ten zawód nie zapewnia systematycznych dochodów, dlatego trzeba nauczyć się zarządzania własnymi finansami.

A.Z.-S.: Jesteś znana z ciętego języka i mówienia o sprawach, które inni wolą przemilczeć. Spotykasz się z bezpośrednią krytyką?
N.D.: Nie wszystkim podoba się, że młoda dziewczyna zamierza zawojować świat nieruchomości. Ale jeśli mam być autentyczna, nie mogę milczeć w pewnych kwestiach. Niektórym taka postawa się podoba, innym trochę mniej. Ale wychodzę z założenia, że jeśli ktoś mnie krytykuje, to znaczy, że moje opinie wywołują
w nim emocje. Często zdarza się, że hejterzy po pewnym czasie dziękują mi za to, że wywołałam w nich refleksję. Celem postów, które publikuję w mediach społecznościowych, jest ciągłe podwyższanie jakości pracy pośredników. Bo gdyby nasza branża miała bardzo dobrą opinię, klienci nie omijaliby nas szerokim łukiem, nie próbowaliby nas oszukiwać i sprzedawać swoich nieruchomości na własna rękę.

A.Z.-S.: Bycie pośrednikiem nieruchomości to trudna sztuka, wymagająca reagowania na trudne sytuacje, jak pandemia, wojna, inflacja. Jak Ty radzisz sobie
z sytuacjami kryzysowymi?
N.D.: Wychodzę z założenia, że trudne czasy tworzą dobrych pośredników. Gdy na rynku nieruchomości jest hossa, pośrednicy przyzwyczajają się do lekkiej pracy. A później, gdy pojawiają się trudności, zaczynają panikować. Tymczasem w pośrednictwie trzeba uzbroić się w cierpliwość, mieć w sobie trochę luzu. Nasza praca jest elastyczna, zmienia się w zależności od sytuacji na rynku. Pracujemy z żywym człowiekiem, z jego emocjami i z jego majątkiem. Decyzja o zakupie bądź sprzedaży nieruchomości wyzwala czasem w klientach tak duże emocje jak ślub czy narodziny dziecka. Jeśli chcemy pomóc klientom zmierzyć się z tymi emocjami, musimy kochać ludzi. Bo tylko wtedy można ich rzeczywiście wspierać, realizując swoją usługę na najwyższym poziomie. Oczywiście, nie jesteśmy samarytanami, pośrednictwo to nasza praca. Nie da się pracować za darmo, nawet będąc najlepszym na rynku.

A.Z.-S.: W czasie kryzysu łatwo o wypalenie zawodowe. Wielu pośredników musiało się z nim zmierzyć. Co doradziłabyś pośrednikom, którzy się wypalili?
N.D.: Żeby się wypalić, najpierw trzeba płonąć. Moim zdaniem wypalają się osoby, które nigdy nie powinny być pośrednikami, ponieważ nie mają pomysłu na tę pracę, a znalazły się w niej przypadkowo w czasie hossy. Tak naprawdę w tej branży bardzo trudno jest się wypalić zawodowo – za każdym razem mierzymy się
z inną sytuacją. Trzeba zaakceptować, że jesteśmy skazani na pewną sinusoidę – dobry pośrednik nie ma problemu z tym, że po każdym dobrym czasie musi przyjść kryzys. W ostatnich latach średni czas sprzedaży nieruchomości wynosił 21 dni. Tak naprawdę pośrednicy byli niepotrzebni sprzedającym. Teraz zmienił się trend na rynku – brakuje nam klientów kupujących, a sprzedający i deweloperzy proszą nas o to, abyśmy przyjęli ich oferty. W takiej sytuacji pośrednicy znów powinni wybiegać w przyszłość i wybierać dobre oferty do współpracy. Nie mogą też zapominać o systematycznej, codziennej pracy. Nie wspominając o tym, że pośrednik powinien orientować się w sytuacji ekonomiczno-gospodarczej i wsłuchiwać się w to, co mówią klienci.

A.Z.-S.: Klienci to dobre źródło informacji?
N.D.: Tak, ja uważnie ich słucham, dzięki czemu wiem, co dzieje się na rynku. Poza tym pośrednik powinien zawsze na pierwszym miejscu stawiać dobro klienta, co nie znaczy, że klient zawsze ma rację. Czasem dla jego dobra, trzeba powiedzieć mu o sprawach, które on niekoniecznie chce usłyszeć. Jeśli na przykład nasz klient chciałby sprzedać swoją nieruchomość za dużo większą cenę niż rynkowa, to ważnym pytaniem jest, czy jest gotowy sprawić, aby jego nieruchomość stała się wyjątkowa. My też powinniśmy przygotować ofertę w taki sposób, aby kupujący zechciał zapłacić więcej. A to jest możliwe, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś, kto za unikatowy produkt jest w stanie zapłacić większą kwotę niż inni, nawet w czasie kryzysu.

A.Z.-S.: A jak Tobie udaje się uniknąć wypalenia zawodowego?
N.D.: Kiedyś pracowałam kilkanaście godzin dziennie, kosztem własnego zdrowia. Dziś bardziej doceniam życie. Pracuję dużo, ale inaczej niż kiedyś – sama wyznaczam godziny pracy i sama dobieram sobie współpracowników i klientów. Udało mi się stworzyć wspaniały team, który działa ze mną zarówno na rynku warszawskim, jak i trójmiejskim. To ludzie ambitni i przedsiębiorczy, rozumiejący rynek nieruchomości. Wciąż poszukujemy osób chętnych do współpracy.

A.Z.-S.: Nie kuszą Cię duże pieniądze, możliwość coraz większego zysku?
N.D.: Lubię wydawać pieniądze, ale pieniądze to nie wszystko, nie jestem pazerna. Czasami wybieram zlecenia za mniejsze wynagrodzenie, ale dające możliwość rozwoju i nauczenia się czegoś nowego. Przykładem są nieruchomości z wadą prawną. Pochodzę z Godkowa, małej miejscowości w województwie warmińsko-mazurskim. Z domu wyniosłam przekonanie, że można żyć skromnie, ale szczęśliwie.

A.Z.-S.: Jesteś pierwszą osobą w rodzinie, która ma własną firmę. Rodzice zawsze w Ciebie wierzyli?
N.D.: Jestem ich czwartym, najmłodszym dzieckiem. Wierzyli we mnie i jednocześnie bardzo się o mnie bali. Czasem ich strach o moje bezpieczeństwo podcinał mi skrzydła, na szczęście moi rodzice to superduet. Starsze rodzeństwo również jest dla mnie opoką. Jestem bardzo związana z rodziną. Niektórzy dziwią się,
że 35-letnia kobieta jeździ z rodzicami na urlop. A ja uwielbiam nasze wspólne podróże, bardzo doceniam ten czas. Zwłaszcza że na co dzień dzieli nas 300 km.

A.Z.-S.: Pośrednicy to najczęściej osoby niezależne. Co może im pomóc odnaleźć się w zespole?
N.D.: To trudne, ponieważ charakterystyczna dla naszej branży jest duża rotacja. Jeżeli idziemy do pracy w biurze nieruchomości, musimy sobie uświadomić,
że każdy, kto będzie z nami pracował, jest naszą konkurencją. A team można zbudować dopiero wtedy, gdy wszyscy będą zarabiać na podobnym poziomie. Pamiętajmy, że w branży nieruchomości nie ma stałej wypłaty, pośrednicy żyją z prowizji. Dlatego nie można liczyć na to, że zespół będzie nas wspierał. Każdy pracuje na swój sukces finansowy, a trudno wspierać kogoś, kto zarabia lepiej od nas. Zespół udaje się zbudować dopiero wtedy, gdy wszyscy realizują transakcje
i otrzymują za nie wynagrodzenie na podobnym poziomie. Wtedy można się motywować i budować zdrową atmosferę. Oczywiście takie podejście nie wyklucza współpracy z innymi pośrednikami. Ja uwielbiam dzielić się swoim doświadczeniem i inspirować historiami innych. Dlatego organizuję spotkania i szkolenia dla pośredników.

A.Z.-S.: W jaki sposób wojna w Ukrainie wpłynęła na Waszą pracę?
N.D.: Po 24 lutego sytuacja na Wschodzie była wielką niewiadomą. Wtedy rynek stanął, a telefony z dnia na dzień przestały dzwonić. Po tygodniu sprzedający zaczęli prosić pośredników o wsparcie. Słabi pośrednicy wyczuli dla siebie szansę. Ale tutaj kryła się pułapka – oferty stanęły w miejscu. Wielu pośredników czuło frustrację, zaczęło mówić o wypaleniu. A w takiej sytuacji należało przygotować sprzedających, że sprzedaż może trwać trochę dłużej. To normalne, że czasem trzeba dłużej popracować nad ofertą, zrobić lepszy marketing, dotrzeć do kupujących przez inne kanały. Dlatego cały czas podkreślam, że nadeszły czasy, które sprawdzą, kto jest prawdziwym pośrednikiem, a kto w tej roli się nie odnajduje.

A.Z.-S.: Dobry pośrednik wybiega w przyszłość. Jak powinien reagować na sytuację na rynku w najbliższych miesiącach?
N.D.: My, pośrednicy, jesteśmy doradcami naszych klientów. Uważam, że zawsze jest dobry czas na inwestowanie, ale żeby dziś inwestować, trzeba bardzo wnikliwie przeanalizować sytuację na rynku. Uczulam pośredników, aby przez pochopne decyzje nie zrobili krzywdy swoim klientom. Pamiętajcie, że zarabia się raz, ale opinia o nas zostaje na całe życie. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli sytuacja jest zła, trzeba pracować jeszcze więcej. Natomiast jeśli jest za dobrze, to znaczy, że za chwilę będzie gorzej. Na szczęście rynek nieruchomości zawsze w kryzysach gospodarczych reaguje jako ostatni. Oznacza to, że jeśli inflacja dalej rośnie, to nieruchomości nadal są bezpieczne. Więc jeśli masz gotówkę, to kup nieruchomość. Ale jeśli robisz flipa, posiłkując się kredytem hipotecznym, dziś szczególnie mocno uwzględnij czas sprzedaży, bo może się okazać, że ten flip przyniesie Ci stratę. Warto obserwować również rynki zagraniczne i nie podejmować decyzji w sposób nieprzemyślany.

A.Z.-S.: Twoje patenty na to, aby szybko i skutecznie sprzedać nieruchomość, zostają w pamięci. Dobrym przykładem są ochraniacze na obuwie, przydatne zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym. Jakie masz inne sprawdzone metody na przyspieszenie sprzedaży?
N.D.: Zwykle są to detale, jak wywietrzenie mieszkania. Latem klienci są bardziej wyczuleni na zapachy. Jeśli prezentacja nieruchomości odbywa się w czasie upału, przygotujmy dla klientów wodę z cytryną, aby mogli zaspokoić pragnienie. Stwórzmy przytulne warunki na balkonie, zachęcające do odpoczynku po pracowitym dniu. Świetnie sprawdzi się wiklinowy fotel, na nim poduszka i kocyk, do tego klimatyczne oświetlenie. I kolejna sprawdzona metoda – podczas prezentacji właściciel nie powinien znajdować się w domu. Dzięki temu klient poczuje się swobodniej. Obecność właściciela sprawi, że klient nie zajrzy do szafy czy szuflady. A jeśli będzie z nim pośrednik, klient otworzy tę szufladę, aby sprawdzić, czy zmieszczą się w niej jego rzeczy. Dla mnie jest to często znak, że mentalnie podjął decyzję o zakupie nieruchomości.

Natalia Drysiak – pośredniczka w obrocie nieruchomościami. Potrafi znaleźć prawdziwe perełki, a tkwiący w nich potencjał przełożyć na sukces finansowy inwestorów. Mistrzyni w sprzedaży mieszkań w wysokich cenach. Związana z Warszawskim Stowarzyszeniem Pośredników w Obrocie Nieruchomościami. Właścicielka dwóch biur, których siedziba mieści się w Warszawie i Gdańsku. Pracuje również z klientami indywidualnymi. Dla ciekawych nieruchomości jest gotowa ruszyć w Polskę. Organizuje szkolenia dla pośredników. Strona internetowa: www.nataliadrysiak.pl

Natalia Drysiak | +48 537-544-799 | kontakt@nataliadrysiak.pl

Dubaj. Jak kupować nieruchomości za kryptowaluty?

Rozmawiała: Aleksandra Zalewska-Stankiewicz

Kiedyś mówiło się, że kryptowaluty to pieniądze przyszłości. Patrząc na biznesy prowadzone w Dubaju, można powiedzieć, że kryptowaluty stały się walutą teraźniejszości. Inwestorzy nie mają złudzeń, że zyski uzyskiwane z kryptowalut opłaca się lokować właśnie w nieruchomości. Zjednoczone Emiraty Arabskie są bardzo łaskawym miejscem na realizację takich planów inwestycyjnych. – ZEA mogą stać się supermocarstwem blockchain. – Marta Malak (agentka nieruchomości, która od 9 lat z wielkimi sukcesami działa w Dubaju) nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

Minęło 13 lat, odkąd kryptowaluty po raz pierwszy weszły do świadomości publicznej w postaci bitcoina. Przez ten czas Dubaj stał się miejscem przyjaznym wirtualnym pieniądzom. Zresztą nie może być inaczej, skoro stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest dziś centrum biznesu, nowych technologii i handlu. W takiej sytuacji rozwijanie wirtualnych aktywów nie jest niczym nadzwyczajnym. Siłą rzeczy kryptowaluty zajmują mocną pozycję w świecie tamtejszych finansów.

Najlepsza forma dywersyfikacji portfela

Zainteresowanie kryptowalutami pojawiło się 2 lata temu, a w tej chwili przybrało na sile. Osoby działające w świecie wirtualnych pieniędzy doskonale wiedzą, jak ryzykowny jest to rynek. Jednego dnia ktoś jest milionerem, a dzień później może zostać bankrutem. Dlatego dla osób operujących kryptowalutami inwestycja w nieruchomości jest najlepszą formą dywersyfikacji portfela. Zamiast martwić się, że kryptowaluty nie dają stabilizacji, lepiej część pieniędzy przekuć w stałą inwestycję – z takiego założenia wychodzi coraz więcej moich klientów. W Dubaju możecie kupić kawalerkę za kwotę rzędu 800 tys. dirhamów [kurs: 1 AED – 1,12 PLN – przyp. red.]. I to w bardzo dobrej lokalizacji, w pobliżu centrum, pod klucz. Co ważne, jako osoba posiadająca nieruchomość powyżej 750 tys. dirhamów, zyskujesz możliwość ubiegania się o 3-letnią wizę inwestorską. W momencie otrzymania takiej wizy możesz ubiegać się o konto w banku.

Krok po kroku – jak to działa?

Ale wróćmy do transakcji przy pomocy kryptowalut. Jej przeprowadzenie nie jest skomplikowane ani długotrwałe. A za pośrednictwem mojej firmy – całkowicie bezpieczne. Z doświadczeń moich klientów wynika, że zwykle nie kończy się na zakupie jednego lokalu. Jeśli jakaś osoba kupi w ten sposób jedną nieruchomość, po krótkim czasie wraca po drugą, a nawet trzecią. Jeśli decydujesz się inwestować w Dubaju, musisz wiedzieć, że tutaj nie ma transferów, do jakich przyzwyczaiłeś się w Polsce. Aby kupić nieruchomość, potrzebujesz czeku menadżerskiego. Dla sprzedającego jest on potwierdzeniem, że masz odpowiednie środki, aby nabyć wybraną nieruchomość. Czek menadżerki zostanie wystawiony, gdy prześlesz stable coin (USDT) na rachunek powierniczy.

Kryptowaluty przyszłością Dubaju

Choć coraz więcej osób decyduje się na zakup nieruchomości za kryptowaluty, czasem słyszę wątpliwości ze strony klientów. Zapewniam, że są one nieuzasadnione. Na bieżąco śledzę nowości branżowe. Przekaz jest jasny – potencjał blockchain nie został jeszcze wykorzystany. Dubaj będzie podążał w kierunku kryptowalut.

W grudniu ubiegłego roku Dubai World Trade Center Authority i Binance podpisały wstępne porozumienie w sprawie stworzenia centrum branżowego dla globalnych zasobów cyfrowych w Emiratach. Inicjatywa pomoże przyspieszyć plany Dubaju dotyczące ustanowienia nowego międzynarodowego ekosystemu zasobów cyfrowych.

Ostatnio Changpeng Zhao, chińskokanadyjski przedsiębiorca, założyciel i dyrektor generalny Binance, największej na świecie giełdy kryptowalut, powiedział, że „bitcoin jest neutralny i nie ma granic. I może być używany w każdym kraju. Więc teoretycznie powinien zachować swoją wartość – w ten sposób jest znacznie lepszy od złota”. Zapewnił, że kryptowaluty i blockchain nie są bańkami i nie znikną. I sam postanowił kupić swój pierwszy dom w Dubaju. Oczywiście za kryptowaluty. Możliwości inwestycyjne w Dubaju są ogromne, a tutejszy rynek ma wielki potencjał. Żeby przeprowadzić transakcję z udziałem kryptowalut, potrzebny jest Wam tylko paszport. Nie musicie nawet mieć statusu rezydenta. Możecie przeprowadzić transakcję, będąc w Polsce (jeśli nieruchomość jest od dewelopera) lub upoważniając osobę będącą w Emiratach do przeprowadzenia takiej transakcji. Zachęcam do kontaktu. Chętnie wprowadzę Was w tajniki zakupu nieruchomości w Dubaju za kryptowaluty. Pomogę w podjęciu świadomych decyzji inwestycyjnych, maksymalizując Twoją rentowność i ograniczając ryzyko.

Marta Malak – agentka nieruchomości z 9-letnim doświadczeniem w zarządzaniu, sprzedaży i wynajmie nieruchomości w Dubaju. Współwłaścicielka firmy importującej żywność do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Kontakt:
marta@fcproperties.ae | tel: +971554032795 | IG: malakrealestate www: fcproperties.ae | www.malakrealestate.com

Odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Co zmienia wojna na rynku nieruchomości?

Rozmawiała: Wioletta Odalska

– Najgorsze, co możemy teraz zrobić, to przewidywać, szacować i się martwić – mówi Wojtek Orzechowski, który od lat wskazuje drogę na rynku nieruchomości obecnym i przyszłym inwestorom i fliperom. Co teraz? Jak się odnaleźć w nowych realiach? Czy grozi nam kryzys? A może wręcz przeciwnie – to czas na coś zupełnie nowego? Całkiem niedawno przecież przekonaliśmy się, że nieruchomości potrafią sobie poradzić nawet w pandemii.

Wioletta Odalska: Ostatnie miesiące, lata pokazują nam, że wszystko jest możliwe, zarówno to, co dobre, jak i to, co złe. Pandemia, teraz wojna za naszą wschodnią granicą. Jak to wpływa na rynek nieruchomości?

Wojciech Orzechowski: Gospodarka polska jest gospodarką mocno rozwijającą się. Mamy masę dotacji z Unii Europejskiej, wiele firm zagranicznych zainwestowało tutaj kapitał. Nadejście COVID-19 to był taki moment, który mocno zachwiał naszą gospodarką. Na swoim kanale YouTube publikowałem różne „pandemiczne” scenariusze i okazało się, że spełnił się ten najbardziej optymistyczny, gdzie gospodarka polska się nie ugięła, a tym bardziej nieruchomości. Popyt był na tyle duży, deficyt mieszkaniowy na tyle ogromny, że ceny nieruchomości utrzymały swoją wartość. Ludzie bardzo szybko wrócili do normalnego życia – przyzwyczailiśmy się już do lockdownów i do samego wirusa. Odnajdujemy się w tej nowej rzeczywistości. A wojna? Zauważyliśmy, że wpływa ona na decyzje inwestorskie. Niektórzy na jakiś czas wycofali się z projektów, zastanawiali się, czy nie uciekać z Polski… Mija kolejny tydzień wojny i znów zaczynamy się

przyzwyczajać do nowej sytuacji – powoli wszystko wraca do normy. Ludzie żyją, tankują, jeżdżą do pracy, kupują chleb, jedzą, ubierają się i tak samo powracają do większych wydatków, czyli inwestycji w nieruchomości. Według mnie największym problemem są konsekwencje wypływające z dodruku pieniądza, inflacja, a także przerwy w dostawach różnego rodzaju materiałów, surowców, ropy. To powoduje, że ceny szaleją.

Dotarło już do nas ponad 2 mln uchodźców, podzielmy to na 5 – mamy liczbę 400 tys. mieszkań. To jest zapotrzebowanie dla ludzi, którzy się tu przeprowadzają. Oni muszą gdzieś mieszkać. Więc będą albo kupować, albo wynajmować. To rodzi znowu deficyt na rynku najmu, co zostanie dostrzeżone przez inwestorów.

Wioletta Odalska: Czy my, Polacy, inwestując teraz w nieruchomości, mamy się czego bać? Czy potrzebna nam w obecnej chwili rewizja strategii?

Wojciech Orzechowski: Najgorsze, co możemy teraz zrobić, to przewidywać, szacować i się martwić. Strach to emocja, która dotyczy czegoś nierzeczywistego, przyszłego, czegoś, co nie istnieje. Więc najlepiej się go pozbyć. Jeżeli mamy problem i da się go rozwiązać, to nie ma się o co martwić, a jeżeli nie można go rozwiązać, to tym bardziej martwić się nie należy, bo nie mamy na to wpływu. Myślę, że powinniśmy utrzymać strategię, bo inaczej sami sobie zaszkodzimy. Jeżeli codziennie budzi się 38 mln mieszkańców Polski i każdy nagle ma obawę przed zakupem chleba i go ostatecznie nie kupuje, to wywracamy cały system produkcji i sprzedaży w kosmos. Sami na tym tracimy. Podobnie jest z inwestycjami, nieruchomościami. Powinniśmy żyć normalnie, oczywiście dywersyfikując swój portfel i zabezpieczając się.

Wioletta Odalska: Jak zabezpieczyć się przed ciągłym wzrostem cen, Polskim Ładem? Jak kupować, aby przy tych wzrostach nie zacząć tracić?

Wojciech Orzechowski: Przy flipowaniu sytuacja jest cały czas taka sama – dopóki będzie obrót nieruchomościami, czyli będzie kupujący i sprzedający, niewiele się zmieni. Wybieramy dobrą nieruchomość, następnie dobrze ją remontujemy (tworząc przepiękny produkt) i wykorzystując nasze umiejętności negocjacyjne, sprzedajemy. Niezależnie od tego, czy ceny rosną, popyt na nieruchomości jest i zawsze będzie. Odnotowujemy deficyt, szczególnie teraz, kiedy przybyli Ukraińcy. Faktycznie inflacja i wzrost stóp procentowych mogą przyhamować naturalny zakup nieruchomości, ale wciąż istnieje masa Polaków, którzy mają gotówkę i chcą nabywać lokale. A ci, których na własne mieszkanie nie stać, będą musieli wynajmować. Więc na rynku najmu odczujemy deficyt, dostrzegą to inwestorzy i oni będą tam lokować swój kapitał. Czynsze już rosną, a więc to inwestycja, która przyniesie wysokie stopy zwrotu. Trzeba się teraz w tym odnaleźć i wsłuchać w rynek.

Polski Ład będzie natomiast stymulował zakup nieruchomości – są dotacje, dofinansowania. Udoskonalił on także opodatkowanie spółek prawa handlowego w postacie CIT-u estońskiego, który sprawia, że jeżeli ktoś chce powiększać kapitał reinwestując go np. W spółce z o.o. , to nie płaci CIT-u w ogóle. To ukłon w stronę inwestorów.

Wioletta Odalska: Jakie rady na obecny czas dasz osobom, które już są na rynku nieruchomości: starym wyjadaczom, jak i tym, którzy dopiero chcą zacząć zarabiać na nieruchomościach?

Wojciech Orzechowski: Sądzę, że starym wyjadaczom nie trzeba dawać rad, bo oni dokładnie wiedzą, jak przyjemne jest inwestowanie w nieruchomości. Dobra passa na rynku będzie trwała jeszcze 2-3 lata. Każdy inwestor o tym wie. Oby tylko był kapitał! Ja sam w tym roku planuję zrobić 100 inwestycji. Co roku plujemy sobie w brodę, wzdychając: „Ech, szkoda, że rok temu nie kupiłem więcej mieszkań”. Tak myśleliśmy rok temu, dwa lata, trzy… I w tym roku też tak będzie i za rok podobnie. Po prostu trzeba działać i wykorzystać ten potencjał.

A jeżeli chodzi o młodych inwestorów, to warto obejrzeć materiał pod adresem www.najlepszastrategia.pl – to jest podstawa. Na start polecam też moją książkę Zarabiaj na nieruchomościach. Ma już 8 lat, a treści są cały czas aktualne i wiedza w niej zawarta po prostu się sprawdza. Łapcie rabat na książkę z okazji tego wywiadu – 50% na hasło „STREFA16”. Przyjemnej lektury.

Wioletta Odalska: Jakie są Twoje prognozy, jeżeli chodzi o flipowanie w Polsce w perspektywie kolejnych 2, 5, 10 lat?

Wojciech Orzechowski: Myślę, że w ciągu kolejnych 2-3 lat deficyt na rynku zostanie zaspokojony. To dobry czas na inwestowanie. Kolejne 5 lat będzie można kupować nieruchomości na wynajem i uzyskiwać w miarę przyzwoite stopy zwrotu. A potem niewykluczone, że jeśli Unia Europejska przyjmie Ukrainę, to będziemy mogli ją odbudowywać, robić tam flipy, urządzać mieszkania, inwestować. Ale jeśli ktoś się mimo wszystko boi, to zawsze może to robić na Zachodzie. Wielu uczestników moich warsztatów inwestuje w takich państwach, jak Holandia, Niemcy, Włochy, Wielka Brytania. Okazuje się, że na tamtych rynkach również można bardzo dobrze zarobić. Nieruchomości są uniwersalnym sposobem na inwestowanie i pomnażanie majątku na całym świecie!

Wioletta Odalska: Ważne są także relacje. W maju mamy kolejny Maraton WIWN® – największą konferencję skupiającą ludzi z rynku nieruchomości. Czemu warto tam być?

Wojciech Orzechowski: Warto być dla inspiracji, wiedzy i kontaktów – to czynniki, które wpływają na powodzenie biznesu. Jeśli wiesz, gdzie i jak kupić, oraz znasz sposoby, jak inni to robią – możesz sam zacząć działać. Jeśli chcesz gdzieś dotrzeć, znajdź kogoś, kto już tam był, zapytaj, jak to zrobił, a może też cię tam zaprowadzi. Maraton WIWN® to naprawdę świetna okazja na zwiększenie swoich możliwości inwestycyjnych. Warto dołączyć do naszej społeczności. Podczas Maratonu prelegenci wyjdą na scenę i w krótkim czasie opiszą swoje historie. Możesz się od nich uczyć, inspirować, motywować do działania. Warto być na każdym takim spotkaniu branżowym, ponieważ z każdego zaczerpniesz coś dla siebie.

Wojciech Orzechowski – przedsiębiorca, inwestor, deweloper, mentor. Twórca Warsztatów Inwestowania w Nieruchomości – WIWN.PL®. Wydawca czasopisma Strefa Nieruchomości®. Autor książek Zarabiaj na nieruchomościach, Wszystko o FLIPACH – 200 Pytań do Eksperta oraz bloga zarabiajnanieruchomosciach.pl

Odważna dama nie będzie płakać sama

Redakcja: Aleksandra Zalewska-Stankiewicz
Rozmawiała: Aneta Nagler

Natalia Jaworska, urodzona w Ukrainie, ponad trzy lata temu rozpoczęła życie w Polsce. Jej siła charakteru i determinacja doprowadziły ją do tego, że w pandemii otworzyła firmę wykończeniowo-remontową. Kiedy w ubiegłym roku odbierała nagrodę Businesswoman Awards, powiedziała: „To dopiero początek, wszystkie trudne rzeczy już za nami, a fajny czas dopiero się zaczyna”. Ale potem przyszła wojna. Natalia znów przeorganizowała swoje życie, aby pomagać swoim rodakom, o czym opowiedziała Anecie Nagler.

Aneta Nagler: Zajmujesz się ciężkim kawałkiem chleba w nieruchomościach, bo zarządzasz ekipami budowlanymi i remontowymi. Jak do tego doszło? I jak wygląda takie zarządzanie z perspektywy kobiety?

Natalia Jaworska: Kiedy 3,5 roku temu przyjechałam do Polski, zaczynałam od sprzątania. Pracowałam w hotelach, byłam również zatrudniana do czyszczenia mieszkań po remontach. I gdy tak chodzi- łam od lokalu do lokalu, to zrozumiałam, że metamorfozy mieszkań są niezwykle inspirujące. Pozwalają stworzyć zupełnie nowe miejsce, inaczej wyglądające, mające inny kolor, światło, ustawienia. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy i ja mogłabym zająć się tą dziedziną biznesowo. Zwłaszcza że jestem obdarzona zmysłem artystycznym. Miałam też dostęp do ekip remontowych. Poza tym stwierdziłam, że z zarządzeniem poradzę sobie lepiej niż mężczyzna. Chodzi o sposób patrzenia na pewne sprawy. Na przykład dla mężczyzny ważny jest wymiar sza+i, ale nie zastanawia się nad kwestiami wizualnymi – jak ona będzie wyglądała względem całości, czy będzie się dobrze komponować z innymi meblami. A ja na to patrzę inaczej.

A.N.: I założyłaś własną firmę wykończeniowo-remontową. Ilu miałaś pracowników?

N.J.: Firmę założyłam w kwietniu ubiegłego roku. Podjęłam współpracę z kilkoma osobami z Ukrainy. Na początku największą trudność sprawiała mi terminologia budowlana. Po rosyjsku albo po ukraińsku mogłam wytłumaczyć, czego potrzebujemy, czym się zajmujemy, ale trudniej było to zrobić w języku polskim.

A.N.: Jak dziś wygląda Twoja działalność?

N.J.: Obsługuję zarówno inwestorów, którzy chcą kupić mieszkanie pod flipa, jak i wspólnoty oraz spółdzielnie. Prowadzimy remonty klatek schodowych, wjazdów do garażu. Wciąż szukam dla nas kolejnych zleceń, dlatego biorę udział w przetargach w spółdzielniach mieszkaniowych. Lubię to uczucie, kiedy członkowie wspólnot mieszkaniowych doceniają nasze starania, chwalą np. kolor płytek. To dla mnie ważne, że nasza praca jest pożyteczna i daje ludziom radość. Moi inwestorzy są zarówno z Polski, jak i z Ukrainy.

A.N.: A na jakie trudności najczęściej natrafiasz w swojej pracy?

N.J.: Denerwuję się, gdy mimo starań i włożonego wysiłku ludzie nie doceniają naszej pracy. Podam przykład. Często na klatkach schodowych pracownicy ustawiają rusztowania i w pewnym momencie wychodzą po materiały. Wtedy zdarza się, że ktoś z lokatorów przenosi rusztowanie czy drabinę na inną ścianę. Wówczas ekipa musi wszystko ustawić raz jeszcze. To nie są jednostkowe przypadki, czasem ta sama sytuacja powtarza się kilka razy, jakby ktoś utrudniał pracę specjalnie.

A.N.: Pandemia nie zatrzymała rynku nieruchomości. Zauważyłaś istotne zmiany z perspektywy swojej działalności?

N.J.: Mieliśmy dużo więcej zamówień na remonty, ponieważ ludzie kupowali mieszkania od deweloperów. Było to spowodowane tym, że Ukraińcy brali kredyty hipoteczne i osiedlali się w Polsce. Sądzę, że ze względu na obecną sytuację takich zleceń będzie więcej. Bardzo lubię zlecenia na rynku pierwotnym. Możemy wtedy przewidzieć efekt końcowy, jasno ustalić zasady współpracy ze zleceniodawcami. Na rynku wtórnym czasem zdarzają się przykre niespodzianki. Bywa, że trzeba zlikwidować stare rury czy piony.

A.N.: Zaczynałaś w pandemii. Nie bałaś się, że może być ciężko?

N.J.: Wystartowałam, bo na sto procent wiedziałam, że mi się powiedzie. Taki mam charakter. Nigdy się nie poddaję. A jeśli zdarzają się trudności, wówczas pracuję jeszcze więcej. Nie boję się trudnych zleceń. Podjęłam się pracy w spółdzielni mieszkaniowej w zakresie oczyszczania klatek schodowych. Reakcje ludzi były niesamowite. Dziękowali za to, że po 30 latach w końcu ktoś posprzątał ich klatkę schodową. Kiedy pracowałam w tych blokach, poznałam wiele osób, z którymi do dziś utrzymuję kontakty. Proponowałam im wykonanie drobnych remontów, przeróbek. A potem zaczęły się pierwsze flipy.

A.N.: W zeszłym roku otrzymałaś nagrodę Businesswoman Awards 2021. Czy ma ona dla Ciebie specjalne znaczenie, czy po prostu sprawia Ci radość, że spełniasz się jako kobieta sukcesu?

N.J.: Ta nagroda jest potwierdzeniem, że wybrałam właściwą drogę. Cieszę się, że inni to dostrzegają i doceniają. Po otrzymaniu statuetki odebrałam mnóstwo telefonów z gratulacjami. Pojawiały się takie głosy, że gdyby mnie nagrodzili Ukraińcy, to byłoby to miłe, a jednak zwyczajne. Ale mnie odznaczyli Polacy, co jest ogromnym sukcesem. Bardzo się z tego cieszę.

A.N.: Dla mnie jesteś silną, zaradną kobietą, z pięknym sercem. Pomagasz swoim rodakom. Działasz bardzo aktywnie, wspierasz swoją ojczyznę. Organizujesz busy, które przewożą ludzi. Powiedz, jak można do ciebie dołączyć.

N.J.: Wszelkie aktualne informacje na ten temat publikuję na Facebooku. Piszę tam, co jest najbardziej potrzebne.

A.N.: A czy według Ciebie Polacy zdają test na solidarność dla Ukrainy?

N.J.: Tak, ja nigdy nie spotkałam nieżyczliwych Polaków. W żadnej swojej pracy nie miałam do czynienia ze złymi ludźmi. Ludzie z Ukrainy, którzy przyjeżdżają do Polski, nie kryją wzruszenia. Kiedy czują ciepło płynące od Polaków, nie mogą powstrzymać łez. To jest dla mnie niesamowite, że ludzie z Polski potrafią tak bezinteresownie pomagać. Zresztą ja też tak działam. Udzielam pomocy każdemu, kto się do mnie zgłosi. Staram się łączyć ludzi. Na przykład Agnieszka z Krakowa postanowiła udostępnić swoje 3-pokojowe mieszkanie ukraińskiej rodzinie. Potrzebowałam 2 dni, aby znaleźć odpowiednie osoby. Ostatecznie zamieszkały tam 3 kobiety i 4 dzieci. Mój syn mieszka w Krakowie i obiecał, że będzie im pomagał w organizacji codziennego życia.

A.N.: A co sądzisz o dezinformacji ze strony rosyjskich mediów?

N.J.: Mamy w Rosji rodzinę – siostrę, brata, wujka. I ci ludzie, którzy mieszkają w Rosji, w ogóle nie rozumieją, co się u nas dzieje. U nich jest inna cywilizacja, a media podają kłamliwe informacje. Z ust mojej rosyjskiej rodziny słyszę: „To wszystko jest nieprawda. Wasi wojskowi przebierają się za naszych żołnierzy”. Tymczasem Rosjanie teraz przyjeżdżają samochodami do Ukrainy, wywieszają białe flagi, oznaczające, że nie będą strzelać do ludzi. Więc nasi Ukraińcy ich przyjmują, a oni strzelają.

A.N.: Na samym początku zorganizowałaś współpracę z merem, czyli z prezydentem swojej miejscowości, odbierałaś mieszkańców i przewoziłaś ich do Polski.

N.J.: Tak. Na początku było 16 osób. Potem 32, następnie dwa razy po 50. A potem 100 i coraz więcej. Teraz 250 osób. Samochody oraz busy wciąż kursowały i zabierały kolejne osoby.

A.N.: Gdzie te osoby rozlokowałaś?

N.J.: Na przykład na granicy. Tam jest dużo ośrodków, które pomagają. Prężnie działają też wolontariusze, rozwożą ludzi po całej Polsce. Bardzo pomógł mi Jarosław Figat – dyrektor hotelu Ibis Warszawa Ostrobramska, w którym udało się ulokować mamy z dziećmi.

A.N.: Była też pomoc pojedynczych osób.

N.J.: Tak. Tatiana Pałucka przyjęła dziewczynę z dwójką malutkich dzieci. Brat jej męża odebrał 17-letniego chłopaka, który nie ma nikogo oprócz mamy, a jego mama – lekarka – przebywa w Ukrainie. No i wyobraź sobie: chłopak (17 lat), który płacze, tęskni, nie rozumie języka polskiego. W pierwszych dobach pomagałyśmy mu we trzy – ja, Tania i ta koleżanka. Wszyscy go uspokajali. Ale bardzo trudno było mu opanować silne emocje.

Na początku wojny odbierałam ludzi z granicy i zostawiałam ich w punktach pomocy społecznej. Taki punkt funkcjonował na przykład w Akademii Koźmińskiego. Teraz takich miejsc jest o wiele więcej – są dworce, arena, Torwar. Wzrosła też liczba osób udzielających pomocy.

A.N.: Organizujesz przewożenie i zakwaterowanie. Czy uruchamiasz jeszcze jakieś inne wsparcie?

N.J.: Działam mocno dla ludzi z mojego rodzinnego miasta – umawiam ich przyjazd na konkretny dzień. Tam wszyscy się organizują i przyjeżdżają na granicę, a ja o wyznaczonej godzinie jadę z kierowcą, odbieram dzieci i całe rodziny. Staram się też przekazywać mieszkańcom Ukrainy, jak wygląda sytuacja w Polsce. Przesyłam im zdjęcia i wiadomości, w których tłumaczę, co się u nas dzieje. Chodzi o to, aby nie bali się tutaj przyjeżdżać. Poza tym, jeśli na granicy wolontariusze proponują uchodźcom autobus do Francji czy Szwecji lub innych krajów, to proszę, aby Ukraińcy również do nich wsiadali. Trzeba jechać tam, gdzie od razu jest miejsce do życia, niekoniecznie do Warszawy, Opola czy Gdańska. Spośród 250 osób, które przyjechały za moim pośrednictwem, tylko 5 mogło sobie pozwolić na wynajęcie hotelu. Bo ludzie naprawdę przechodzili przez granicę bez paszportów, bez aktów urodzenia. Gdy pojawiała się szansa na wyjazd z Ukrainy, zabierali dzieci, ewentualnie rzeczy, które mieli pod ręką, i wyjeżdżali. Dopiero w autobusie uświadamiali sobie, że nie mają ani dokumentów, ani środków do życia. To jest bardzo trudne. Staram się jednak pomagać moim rodakom, jak mogę. I dziękuję Polakom za ich otwarte serca i pomoc dla Ukrainy.

Szach i mat – wywiad z Agnieszką i Michałem Cal – Strefa Nieruchomości

Zdjęcia i opieka nad sesją: Gabriela Połubińska
Redakcja: Aleksandra Zalewska-Stankiewicz
Rozmawiała: Aneta Nagler

Agnieszka ma intuicję, potrafi przewidzieć pewne zdarzenia, zanim nadejdą. Michał jest świetnym strategiem. Oboje mają szósty zmysł, pomagający im dobierać właściwych współpracowników. Swoje drzwi, nie tylko do świata nieruchomości, uchyliło nam małżeństwo – Agnieszka i Michał Cal. Ich biznes przypomina grę w szachy.

Aneta Nagler: Jak to się stało, że małżeństwo z Zielonej Góry przez 3,5 roku zbudowało tak prężnie działający biznes? Co było iskrą, która rozpędziła tę – dziś świetnie działającą – machinę?

Agnieszka Cal: Kiedy pracowałam jako handlowiec w firmie oświetleniowej, tradycją były kwartalne spotkania, na których podsumowywaliśmy efekty naszej pracy. Osoby z najlepszymi wynikami były oznaczane na zielono. A nazwiska tych, którym poszło gorzej, na szaro. A na samym dole widniały czerwone nazwiska osób z najsłabszą sprzedażą. Choć osiągałam bardzo dobre wyniki, pewnego dnia stwierdziłam, że nie chcę być jednym z elementów w tabelce. Ten impuls spowodował, że zaczęłam szukać pretekstu do zmiany. I wtedy zobaczyłam w Internecie film Wojtka Orzechowskiego. Po konsultacji z Michałem zapisaliśmy się na warsztaty WIWN®.

A.N.: Skąd wiedziałaś, że udział w warsz- tatach Wojtka da Wam taki wiatr w żagle?

A.C.: Branżę nieruchomości znałam je- dynie z perspektywy programów tele- wizyjnych. Byłam nimi zafascynowana, potrafiłam godzinami oglądać meta- morfozy amerykańskich domów. Gdy zobaczyłam, w jaki sposób działa Wojtek, zaczęłam zastanawiać się, czy można ten amerykański serial przenieść na nasze realia. Z warsztatów wróciliśmy z wielką motywacją do działania. Z przekona- niem, że nawet jeśli od razu nie zarobi- my dużych pieniędzy, to zyskamy wiedzę i doświadczenie.

Michał Cal: Aby zrealizować pierwszą inwestycję, potrzebowaliśmy 30 tys. zł wkładu własnego, a mieliśmy zaledwie 20 tys. zł. Sprzedaliśmy więc naszego zabytkowego żółtego mercedesa, ale wciąż było za mało. Z pomocą przyszły nasze babcie. Oboje jesteśmy odważni, choć to ja częściej powstrzymuję Agę w realizacji jej szalonych pomysłów. Ale w tym przypadku od razu wiedziałem, że ma rację. Poza tym ja też potrzebowałem zmiany. Pochodzę z rodziny przedsiębiorców, od 6 roku życia pomagałem tacie w jego firmie. Jako młody chłopak przeszedłem przez etap buntu, później także poszukiwałem niezależności. Nie znalazłem jej w żadnej firmie i wtedy pojawił się pomysł na flipowanie.

A.C.: Obok naszych marzeń była też twarda kalkulacja w Excelu. Przeliczyli- śmy sobie, że jeśli mój mąż zwolni się z pracy, to zysk uzyskany z pierwszego flipa da nam wartość rocznych zarobków Michała. Kiedy po przeprowadzeniu drugiego flipa okazało się, że zarobiliśmy więcej, niż sobie założyliśmy, Michał zrezygnował z pracy.

A.N.: Szybko stworzyliście swoją własną strategię flipowania. W jaki sposób udało się to zrobić?

M.C.: Strategię mieliśmy od samego początku. Już od pierwszego flipa, od stworzenia pierwszego projektu budowaliśmy własną markę TOTENDOM, małymi krokami realizując kolejne wyznaczone cele. Wiedzieliśmy też, jaka grupa klientów nas interesuje. Byliśmy świadomi, że skoro stawiamy wszystko na jedną kartę, nie możemy sobie pozwolić na spontaniczne działanie. Poza tym otoczyliśmy się świetnymi ludźmi, ponieważ wychodzimy z założenia, że tylko zespołowe działanie pomaga firmie rozwinąć się w stu procentach.

A.N.: W osiągnięciu sukcesu pomogło Wam dostrzeżenie pewnej niszy, jaką są flipy bez remontu. Jak sądzicie – dlaczego ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę?

M.C.: Studiowałem zarządzanie innowacją – ten kierunek zmienił moje myślenie. Nauczyłem się robić tzw. sprinty, czyli tworzyć krótki plan i od razu wychodzić z nim do klienta. W taki sposób wystawiliśmy na sprzedaż pierwsze mieszkanie, które było wtedy w trakcie remontu. Choć mieliśmy jedynie wizualizację, mieszkanie od razu się sprzedało, ale minusem było to, że trzeba było dokończyć remont. Z drugim mieszkaniem było podobnie. Postanowiliśmy więc spróbować czegoś innego – wystawiliśmy na sprzedaż mieszkanie, które było przed remontem.

A.N.: Czyli robiąc jedynie wizualizację?

M.C.: Tak. Nie wiedziałem, dlaczego to działa, ale te „sprinty” okazały się skuteczne. Kiedy przez miesiąc udało nam się sprzedać cztery mieszkania bez remontu, stwierdziliśmy, że znaleźliśmy niszę. Dodam, że od początku mieliśmy własne biuro projektowe, co usprawniało proces działania. Choć przyznam, że początkowo trudno było przekonać klientów do naszej taktyki. Mało kto wcześniej działał w taki sposób. Dziś można powiedzieć, że okazała się ona bardzo skuteczna – przez ponad 2,5 roku zrealizowaliśmy ponad 300 projektów, z czego połowę stanowią flipy bez remontu.

A.C.: Clou tej strategii jest takie: kupujemy, robimy projekt i sprzedajemy lokal z projektem. Zysk jest taki sam jak przy tradycyjnym flipie, jednak okres inwestycji skraca się o długość remontu, a nakład finansowy o jego koszty.

A.N.: W związku z tym możecie robić inwestycje na większą skalę. Wasza strategia jest inna niż Wojtka?

A.C.: Różni się od klasycznej strategii Wojtka, ale nie jest ani lepsza, ani gorsza. Dzisiejszy rynek nieruchomości jest bardzo szeroki, daje mnóstwo możliwości. Najważniejsze jest to, aby określić sobie konkretny kierunek. Ale żeby od- naleźć własną drogę, trzeba zrealizować pierwszą inwestycję. A do tego potrzebne są zasady, których można nauczyć się na warsztatach WIWN®.

M.C.: Poza tym początkującemu inwestorowi niezbędna jest pomoc doświadczonego inwestora, z którym w każdej chwili można skonsultować wątpliwości. Bo czasem życie pisze inny scenariusz niż ten, który widzieliśmy na YouTubie czy przepracowaliśmy na szkoleniu. Dlatego trzeba szukać wsparcia doświadczonych osób.

A.N.: Realizujecie flipy na rynku wtórnym, pierwotnym, w kamienicach, w blokach. Co jest Waszym wyróżnikiem?

M.C.: W tym momencie naszym celem jest wspieranie inwestorów w tym, aby mogli zarabiać na nieruchomościach co- raz więcej pieniędzy. Dlatego skupiamy się na sprzedaży mieszkań dla inwestorów, którzy chcą zarabiać poprzez zysk pasywny. Poszliśmy nawet dalej – stworzyliśmy kolejną spółkę, która zajmuje się kompleksowym zarządzaniem najmem, dzięki czemu możemy sprawować pieczę nad tym, aby zysk faktycznie był pasywny i na odpowiednim poziomie.

A.N.: Dlaczego założyliście kolejną firmę, która zajmuje się podnajmami i kwaterami pracowniczymi?

A.C.: Z prostego powodu – taki sposób działania generuje kolejne zyski związane z zarządzaniem tymi mieszkaniami i z ich wynajmem.

M.C.: Rzadko jest tak, że klient kupuje u nas tylko jedno mieszkanie. Zwykle wraca po kolejną nieruchomość i pole- ca nas innym inwestorom. W ten sposób tworzy się „samopączkujący” rynek klientów. Kiedy sprzedaje się mieszkanie klientowi indywidualnemu, za każdym razem trzeba poświęcić sporo czasu, aby się poznać. Poza tym trzeba fizycznie mieć to mieszkanie. A nasza strategia powoduje, że klienci sami się do nas zgłaszają, mówiąc, jaki kapitał chcieliby zainwestować i jakiej nieruchomości potrzebują.

A.N.: W jakim kierunku zamierzacie rozwijać swoją firmę?

M.C.: Do tej pory gromadziliśmy kapitał i prowadziliśmy biznesy, teraz chcemy inwestować. W tym celu stworzyliśmy Totendom Inwestycje. Nasza strategia jest następująca: startujemy z kapitałem po- życzonym w stu procentach od inwestorów i przeprowadzamy na nim flipy – tylko na rynku wtórnym, tylko w Gorzowie Wielkopolskim i tylko pod kwatery pracownicze. My z Agnieszką nie będziemy już flipować, staniemy się w pewnym sensie klientami własnej firmy, inwestorami, którzy będą oddawać swoje mieszkania w zarządzanie własnej spółce.

Chcemy też wspierać inwestorów, dając im kolejne możliwości. Jedną z opcji jest kupienie mieszkania inwestycyjnego, którym my będziemy zarządzać. A jeśli ktoś jest wprawnym inwestorem albo fliperem i sam świetnie sobie radzi na rynku, może od nas kupić projekt. Dajemy również podpowiedzi i narzędzia do tego, aby jak najszybciej zrealizować flip lub stworzyć mieszkanie inwestycyjne, które będzie pracować na wyższej stopie zwrotu. W tym także jesteśmy specjalistami. Realizujemy mikrokawalerki, z których sprzedaży osiągamy ponadprzeciętne wyniki bez przeinwestowania środków. Bo nie jest sztuką drożej wynająć mieszkanie, kiedy na remont wydało się dużo pieniędzy.

A.C.: W tym roku zamierzamy całkowicie zautomatyzować nasz biznes. Mamy wspaniały zespół, więc liczę na to, że dojdziemy do takiego momentu, że nasze firmy będą mogły funkcjonować bez nas. Mam takie marzenie – wyjechać na kilkumiesięczne wakacje, a po powrocie zastać firmę jeszcze bardziej rozwiniętą niż przed wyjazdem.

A.N.: Co jest dla Was najważniejsze w budowaniu zespołu?

M.C.: Z Robertem i Magdą Scheitzami założyliśmy biuro projektowe. Rozdzieliliśmy kompetencje. Ja z Agnieszką zająłem się reklamą i sprzedażą, a nasi wspólnicy zbudowali zespół projektantów. Budując drugą firmę, połączyliśmy swoje siły z Tomkiem Kielbickim, który – w przeciwieństwie do nas – miał doświadczenie z najmem. Do współpracy w trzeciej firmie – Totendom Inwestycje – zaprosiliśmy Krzysztofa Urdę i Paulinę Budkowską, którzy znajdują dla nas nieruchomości w Gorzowie Wielkopolskim. Są mistrzami w nawiązywaniu relacji z właścicielami mieszkań. Taki podział obowiązków powoduje, że każda z firm rozwija się dynamicznie. Każdy skupia się na swoim obszarze.

A.C.: Kluczem jest właściwy podział obowiązków. Ale nie zbudowalibyśmy żadnej z tych firm na takim poziomie, gdyby nie wspólnicy i gdyby nie ta decyzja, że wchodzimy w spółki. To też musi być bardzo przemyślany proces. Do współpracy trzeba wybrać najbardziej zaangażowane osoby. A potem wyzwaniem jest poukładanie sobie obowiązków w spółce – zawsze sprawiedliwie, aby nie było nikogo ważniejszego. Realizacja tych wszystkich przedsięwzięć nie byłaby możliwa, gdyby Michał nie miał umiejętności strategicznych. On potrafi spojrzeć na naszą działalność z góry. Ja jestem zwykle zaangażowana w bieżące sprawy, a on patrzy na naszą strategię globalnie i jest w stanie wyznaczyć kierunki rozwoju. I tak potrafi rozegrać partię szachów, aby wszystko pięknie grało i aby nikt nie wchodził sobie w drogę.

A.N.: Wrócicie do marzeń i pasji, które mieliście dawniej? Do tego co kiedyś dawało wam radość i szczęście?

M.C.: Chciałbym realizować się w sferze artystycznej. Kiedyś szkicowałem, grałem na gitarze i pisałem teksty piosenek. I czuję, że powrót do tej przestrzeni jest bardzo blisko. Poza tym postanowiłem zadbać o zdrowie fizyczne. Sport był dla mnie niezwykle ważny, później go zaniedbałem. Ale jestem na dobrej drodze do powrotu do aktywności – ćwiczę, chodzę na crossfit, jestem na diecie. Schudłem już 6 kg!

A.C.: Dla mnie celem jest osiągnięcie balansu między pracą, sferą umysłową i fizyczną. Moim marzeniem jest takie poukładanie życia, aby mieć czas na odpoczynek, na pracę i na rodzinę – i żeby to wszystko ze sobą grało. Oczywiście musi się też znaleźć przestrzeń na jogę, podróże i na prace w ogrodzie.

Kontakt: Michał Cal | tel.: 516 586 577 | e-mail: info@totendom.com | www.totendom.com

Piłka w grze – Z Wojciechem Orzechowskim rozmawiała Aneta Nagler – Strefa Nieruchomosci

Rozmawiała Aneta Nagler

Dziś nastały czasy spowolnienia i walki o klienta. Ale – jak mówi Wojciech Orzechowski – trzeba cierpliwie czekać, negocjować i obserwować rynek, aby pozyskać okazje na rynku. W 2021 podjął wyzwanie zrealizowania 25 flipów. A w 2022 pobił swój challenge i osiągnął ich 100. A to wszystko – jak twierdzi – jest możliwe, gdy człowiek kieruje się cierpliwością i chłodną kalkulacją, która pozwala mu obrać właściwy kierunek. Zapraszam na wywiad z Wojciechem Orzechowskim, inwestorem, fliperem, deweloperem, który w czasach kryzysu widzi szansę dla siebie.

Aneta Nagler: Jak w czasach stagnacji na rynku mieszkaniowym radzisz sobie jako fliper?

Wojciech Orzechowski: Muszę przyznać, że dziś są trudne czasy. Nieruchomości sprzedają się powoli. Natomiast obserwując rynek, sytuację geopolityczną, nie nastawiam się na to, że będzie jakaś korekta cen nieruchomości. Wręcz uważam, że ceny nieruchomości będą rosły, tylko że będą sprzedawały się dłużej. W związku z tym potrzeba dużo cierpliwości i opanowania. Należy zwrócić uwagę na pewne kwestie. Przede wszystkim istotne jest to, skąd masz kapitał. Bo jeżeli z finansowania bankowego, to musisz mieć odpowiednio przeprowadzone kalkulacje na wypadek, gdyby nieruchomość sprzedawała się nawet rok. A jeżeli realizujesz finansowanie z inwestorami, to musisz pamiętać o zapisach w umowach o tym, że inwestorzy będą cierpliwie czekać na finalizację transakcji. Jeżeli zaś nieruchomość jest sfinansowana z twoich środków, to sam musisz się uzbroić w cierpliwość i grać zgodnie z tym, jakie warunki dyktuje rynek.

A.N.: W mediach dużo jest informacji na temat tego, że czasy są trudne dla osób, które sprzedają swoje nieruchomości lub chcą kupić mieszkanie dla siebie. A jak u Ciebie wygląda sprzedaż flipów?

W.O.: Na 18 wystawionych mieszkań co 2 tygodnie dochodzi do transakcji, ale zobaczymy, jak będzie w przyszłości. Ja w sprzedaży flipów stosuję wszelkiego rodzaju możliwości promocji i docierania do klientów. Staram się z ogłoszeń wybrać tych najbardziej rokujących klientów. Ale jednocześnie współpracuję z agencjami, które są otwarte na to, aby swoimi kanałami promować mieszkania i brać wynagrodzenie za skuteczną sprzedaż. Czasy są trudne dla tych, którzy chcą sprzedać i muszą czekać na odpowiedniego klienta.

A.N.: Czyli Twoją podstawową zasadą jest dobra obsługa, wysłuchanie potrzeb klienta i cierpliwa sprzedaż nieruchomości?

W.O.: Tak, ale w tym czekaniu liczy się umiejętne przypominanie się, pytanie, na jakim etapie jesteśmy, żeby zakończyć sprzedaż. Należy zapytać klienta: „Co można jeszcze zrobić, żeby nieruchomość spełniała oczekiwania?”. Staram się tworzyć ładne nieruchomości, żeby wygrywały jakością, projektem, home stagingiem, jakością zdjęć, dobrą obsługą. Wszystko, co jest możliwe, to podnoszenie jakości, po to, żeby mieć przewagę konkurencyjną. Dzisiaj umiejętność negocjacji i sprzedaży jest bardzo ważna i decyduje o tym, czy szybko zrealizujemy transakcję. Jeżeli nie czujesz się dobrym sprzedawcą, to trzeba przejść z tego odpowiednie szkolenia, żeby zdobyć klientów.

A.N.: Czy wg Ciebie dziś liczy się chłodna kalkulacja, a decyzje trzeba podejmować bez emocji?

W.O.: Nie wiem, czy chłodna kalkulacja. Ja jestem zakochany w nieruchomościach. I decyzje podejmuję na podstawie wyliczeń. Ale tak, liczy się twarda kalkulacja i to, co wynika z Excela. Jeżeli wiem, po jakich cenach dzisiaj nieruchomości szybko się sprzedają, to po odjęciu wszystkich kosztów i uwzględnieniu zysku, mam wynik, w jakiej cenie powinienem kupować nieruchomości, i to determinuje mój ewentualny zakup. Więc czekam na odpowiednie nieruchomości, poszukuję ich, negocjuję, twardo obstaję przy tej matematyce, uwzględniam lokalizację, cechy nieruchomości, aspekty prawne. I kupuję wtedy, gdy wszędzie świeci się zielona lampka.

AN: W 2022 roku zrealizowałeś swój challenge w zakresie liczby flipów. Sam siebie zaskoczyłeś. Opowiedz, jak udało się to wyzwanie.

W.O.: Mamy mocne spowolnienie, więc w ostatnich 10 miesiącach sprzedałem 15 nieruchomości z łącznym zyskiem 1,2 mln zł. Dlatego uważam, że jest to sukces. Mam wystawionych 18 nieruchomości na sprzedaż, a 22 nieruchomości jeszcze realizuję. Kolejnych ponad 40 mieszkań mam zarezerwowanych na nowy rok do odbioru. Więc gdyby tak patrzeć, to zbliżam się do setki realizowanych flipów. Oczywiście ja działam zgodnie z zasadą: celuj w gwiazdy, wylądujesz na Księżycu. Prawie 100 transakcji podjętych, rozpoczętych, być może część z nich będzie finalizowana w 2023 roku – to mimo wszystko wynik rewelacyjny. To jest tylko kwestia odroczenia sprzedaży i zysku. Trzeba po prostu uzbroić się w cierpliwość, a klient w końcu się pojawi. Najważniejsze, że piłka jest w grze i te nieruchomości są, a na wynik będzie trzeba poczekać.

A.N.: Jeszcze do niedawna mieliśmy rynek sprzedającego, teraz to kupujący dyktuje warunki. Jak to wygląda na Twoich inwestycjach?

W.O.: Dziś kupujący przychodzi i oczekuje dobrych nieruchomości, w dobrej cenie, dobrej lokalizacji, spodziewa się pięknie wyremontowanych wnętrz. I uważam, że my spełniamy te warunki. Oczywiście piękno czy satysfakcja są to pojęcia względne, bo dla niektórych będzie istotna jakość wykończenia, dla kogoś będzie się liczyła estetyka wewnątrz, a dla innych kluczowa będzie lokalizacja. Każdy klient podchodzi do zakupu subiektywnie. A ja staram się spełniać oczekiwania i potrzeby nabywców.

A.N.: I jeżeli te wszystkie subiektywne czynniki się połączą, to wtedy klient przychodzi i mówi: „Wow, biorę”.

W.O.: Tak. Ostatnio w Poznaniu sprzedaliśmy takie mieszkanie, które zostało wystawione na początku grudnia, a teraz mam już efekt w postaci klienta i podpisania umowy przedwstępnej. Zatem sprzedaż trwała około 2 tygodni – i jest to wielki sukces. Ale mam też mieszkanie, które sprzedaje się 10 miesięcy, mimo że jest naprawdę ładne i duże. Najważniejszy w tej inwestycji jest zysk, który poprzez wzrost wartości nieruchomości szacowany jest na 160 tys. Mam w tym wypadku bardzo duże pole do popisu, bo mogę obniżyć cenę mieszkania o 50 tys. i cały czas zarabiam. Klient może dyktować warunki co do samej nieruchomości. Natomiast jestem jako inwestor mocno otwarty i cieszę się, jeżeli spełniam wymagania klienta, a jednocześnie mogę dobrze zarobić na tej inwestycji.

AN: Powiedziałeś na ostatnim spotkaniu regionalnym WIWN® w Łodzi, że w 2020 i 2021 żałowałeś że kupiłeś za mało nieruchomości. Czy w 2022 nasyciłeś swój portfel flipera?

W.O.: Rozpocząłem lub sfinalizowałem łącznie prawie 100 transakcji. Ta liczba 100 jest taka symboliczna. Jest to liczba, którą spokojnie jeden fliper z dobrym zespołem może osiągnąć, a jednocześnie cieszyć się potencjalnymi zyskami w zakresie od 3 mln do 5 mln zł. To jest kwestia tylko samych perełek, które się przejmie. Na niektórych zarabiam 30 tys., a na innych 160 tys. Gdyby dzisiaj okazało się, że mogę przejąć 300 mieszkań w dobrej lokalizacji i w dobrej cenie, wyremontować je i sprzedać, to z pewnością bym to zrobił. Bo to jest potencjał, który możemy wykorzystać.

A.N.: Czy dziś, kiedy odpłynął klient kredytowy, jest dobry czas na fliperskie inwestycje w nieruchomości?

W.O.: Klient odpłynął, ale i przypłynie z powrotem. Czekam na obniżkę stóp procentowych i otwarcie się rynku kredytowego. Dziś wszyscy oczekujemy pęknięcia bańki popytowej, która teraz rośnie. Masa młodych ludzi chce poprawić swój status życia, kupić lepsze mieszkanie, większe, w innej lokalizacji. Nie ma takiej możliwości, jaka była przez ostatnie pięć lat. Stopy procentowe są wysokie i dziś są trudności w otrzymaniu kredytu, bo nie wszyscy te warunki spełniają. Ale niebawem się to zmieni, gdyż tak wyglądają cykle koniunkturalne.

A.N.: Wierzysz w to, że na początku roku sytuacja zacznie ulegać zmianie?

W.O.: Sądzę, że od marca sytuacja się poprawi, bo to już będzie czas, kiedy partia rządząca będzie musiała wykazać się ratowaniem gospodarkii będzie chciała pokazać wyborcom, że inflacja spada, że można obniżać stopy procentowe. A gdyby do tego doszła jeszcze finalizacja wojny w Ukrainie, to mamy sytuację, w której naprawdę mocno ten rynek mieszkaniowy będzie się napędzał. I odsyłam do „Strefy Nieruchomości®” nr 17, gdzie publikowałem 19 powodów, dla których rynek nieruchomości przetrwa i obroni się cenowo. I te wszystkie aspekty pokazują, że ceny nieruchomości będą wzrastać.

A.N.: Jesteś nie tylko fliperem i deweloperem, ale również autorem unikatowego szkolenia uczącego flipowania na rynku. Czy trudne czasy to dobry moment do pozyskiwania wiedzy na Warsztatach Inwestowania w Nieruchomości®?

W.O.: Właśnie dzisiaj, kiedy biorę udział w tym wywiadzie, przeprowadziłem szkolenie z flipowania, tzw. „Mentoring roczny”, i to, co podkreśliłem na warsztatach, to to, że ci, którzy przyjechali, trafili na najlepszy czas na naukę. Dlatego że dzisiaj się uczą, a kupować będą, kiedy na rynek wypłynie sporo nieruchomości w dobrej cenie. A prawdopodobieństwo pojawienia się perełek będzie bardzo duże.

A.N.: Jak widzisz 2023 rok dla rynku fliperskiego?

W.O.: Ci, którzy nie sprzedali mieszkań w 2022 roku, sprzedadzą w roku 2023. Można liczyć na podwyżki cen, można liczyć na zwiększenie konkurencyjności, na zmniejszenie podaży, na to, że ten popyt jest, na to, że ceny nieruchomości będą rosły. Życzę dużo optymizmu, życzę powodzenia i wykorzystania tych szans, które się dla nas pojawiają.

Przyjmij wyzwanie: „challenge 20”
Zrób 20 flipów w rok i zarób 600 tys zł:
www.wiwn.pl/20

Zrób pierwszego flipa pod moim okiem:
www.skleprentiera.pl/warsztaty

Wojciech Orzechowski – przedsiębiorca, inwestor, deweloper, mentor. Twórca Warsztatów Inwestowania w Nieruchomości – WIWN.PL®. Wydawca czasopisma „Strefa Nieruchomości®”. Autor książek Zarabiaj na nieruchomościach, Wszystko o FLIPACH – 200 Pytań do Eksperta oraz bloga zarabiajnanieruchomosciach.pl.

Boom na rynku nieruchomości – Strefa Nieruchomości

Boom na rynku nieruchomości

Wywiad z Wojtkiem Orzechowskim

Co dalej z rynkiem nieruchomości w obliczu kryzysów gospodarczych i kolejnych alarmujących prognoz ekonomistów? Czy dalej warto inwestować? Kiedy zyskujemy na wartości nieruchomości? O tym wszystkim dowiesz się z rozmowy z Wojciechem Orzechowskim – przedsiębiorcą, inwestorem, deweloperem, mentorem. Twórcą Warsztatów Inwestowania w Nieruchomości – WIWN.PL®. Współwłaścicielem agencji pośrednictwa nieruchomości Gut.pl. Autorem książek „Zarabiaj na nieruchomościach”, „Wszystko o FLIPACH – 200 Pytań do Eksperta” oraz bloga zarabiajnanieruchomosciach.pl.

Aneta Nagler: Od pewnego czasu zauważamy wzrost cen. Ta tendencja utrzymuje się od 2016 roku. I dzisiaj mamy wrażenie, że ceny wzrosły o 70-90 proc. Co Ty sądzisz o tej sytuacji?

Wojciech Orzechowski: W Łodzi, gdy w 2016 kupowaliśmy mieszkanie pod flipa za 2500 zł/mkw., dzisiaj kupujemy za 5000 zł/mkw. Czyli jak na to spojrzeć, to mamy prawie 100-procentowy wzrost. I patrząc w takim ujęciu: Polacy mówią: „Ale ceny nieruchomości poszły do góry, to jest już bańka i nie ma sensu dalej inwestować”. Specjaliści, którzy od 2 lat obserwują różne rynki, wypowiadają się apokaliptycznie: „Uciekajmy z rynku nieruchomości, bo teraz już tylko ceny zaczną spadać. A ja chciałbym się przyjrzeć dwóm kwestiom. Dopiero w ostatnim roku – 2020/2021 – zauważamy, że domy, szeregowce, bliźniaki stają się konkurencją dla drogich mieszkań w blokach. Ja bym powiedział, że ceny domów skoczyły o 20 proc. – i to jest wskaźnik, na którym możemy się opierać. Jeżeli w 2011 pod Łodzią można było kupić dom 200 mkw. i działkę 1500 mkw. za 630 tys., no to dzisiaj kupimy za 700-750 tys. I to jest oczywiście stan deweloperski, do wykończenia, bez zagospodarowanej działki, może być ogrodzenie, ale bez kostki, bez elewacji. Czyli dochodzimy z wartością domu do miliona i ta wartość domu milion zł jest konkurencją dla mieszkań 100-metrowych, które dzisiaj wyremontowane na rynku pierwotnym – w takich miastach jak Poznań, Warszawa, Trójmiasto, Kraków – sięgają wartościami do 10 tys. za mkw.

AN: W trakcie kryzysu lat 2008- 2009, ceny spadły o blisko 20 proc. w Polsce, a potem do 2016 r. odzyskiwały swoją wartość.

WO: Ja to mogłem zauważyć, np. w Łodzi, gdzie mieszkałem, na przykładzie mieszkania, którego nie sprzedaliśmy w 2008 r., a które było wynajmowane – w 2016 r. I można było je sprzedać, odzyskując cały kapitał, czyli wychodząc na zero z tej inwestycji. Oczywiście przez te lata nieruchomość się wynajmowała i spłacała (dawała stopę zwrotu). Natomiast chciałbym zauważyć, że od 2008 do 2016 r. nie było w ogóle wzrostu cen. W 2008 r. ceny mieszkań były na podobnym poziomie jak w 2016 r. Mamy zatem 8 lat przestoju, gdzie ceny mieszkań nie wzrastały na wartości. Oczywiście wpływ na to miało wiele czynników, przede wszystkim to, że w 2007- 2008 faktycznie bardzo szybko urosła bańka, dlatego że ceny poleciały w ciągu roku o 120 proc. w górę, nieadekwatnie do innych wskaźników makroekonomicznych, cen innych produktów czy wynagrodzeń.

AN: Dzisiaj polityka makroekonomiczna pokazuje, że wraz z wdrażaniem całej polityki ostrożnościowej nie będzie krachu, a raczej czeka nas wychłodzenie koniunktury. W związku z tym co dalej z rynkiem nieruchomościowym?

WO: Moja na to hipoteza jest taka, że od 2008 do 2016 ceny różnych produktów rosły, była inflacja, wynagrodzenia rosły, a ceny nieruchomości pozostawały na niezmienionym poziomie. Zatem przez ten okres 4 lat, począwszy od 2016, nieruchomości zaczęły nadrabiać wzrost swojej wartości. Czyli jeśli brać pod uwagę okres 10 lat, od 2008 do 2018, to rosły różnego rodzaju ceny: ceny materiałów wykończeniowych, ceny robocizny, ceny gruntów. Wynagrodzenia rosły, a ceny nieruchomości nie. I nagle w ciągu tych 4 ostatnich lat obserwujemy bardzo szybki wzrost cen. I to jest całkowicie inna sytuacja niż w 2008 roku, gdzie w latach: 2006-2007 ceny skoczyły w ciągu roku bardzo wysoko, nieporównywalnie w stosunku do wzrostu cen materiałów wykończeniowych, budowlanych, jak i wzrostu wynagrodzeń. W związku z tym siłą rzeczy ten wzrost cen nieruchomości musiał nastąpić. Ale musimy wziąć pod uwagę kolejne scenariusze, które się nam realizują. Jesteśmy po wywołanym sztucznie kryzysie covidowo-gospodarczym. Ten kryzys w Polsce nie był za bardzo widoczny, bo polska gospodarka została wsparta przez różnego rodzaju organizacje w UE, fundusze, które weszły z wielkim kapitałem. To sprawiło, że my tego wielkiego spadku PKB nie odnotowaliśmy w ciągu ostatniego roku podczas lockdownów.

AN: Rok temu, kiedy snułeś 3 scenariusze dla branży nieruchomości, wielu ekonomistów mówiło, że będzie deflacja, że przyjdzie recesja i przyjmie ona skrajny poziom – tzw. depresji, a w Stanach może dojść do wielkiego krachu gospodarczego. Jak dziś to oceniasz?

WO: Tak, masz rację. Były takie sygnały. Pokazywano, czy wręcz straszono, że nastąpi drastyczny wzrost bezrobocia, rzędu 14- 15 proc. Porównywano, że jak w Stanach Zjednoczonych bezrobocie wzrośnie do 20 proc., to tak jak w 2008 może się to odbić na nieruchomościach, które wtedy właśnie poleciały w wycenach. A jednak tak się nie stało. Mamy zatrzęsienie na rynkach światowych. Bardzo ciekawa sytuacja, gdzie np. ropa naftowa spadła do blisko zera, a później rosła.
Przyjrzyjmy się polskiej sytuacji. W polską gospodarkę będzie wpompowane dodatkowo 770 mld z UE. Idziemy do przodu. Z drugiej strony mamy inflację w okolicach 5 proc. Realnie pewnie wynosi ona 10- 15 proc. Czyli jeżeli mamy sytuację, że jest deficyt niektórych produktów, że ceny tych produktów wykończeniowych, materiałów budowlanych rosną, a bezrobocie utrzymuje się na poziomie 6,1 proc., to jest to pozytywne rokowanie dla branży nieruchomości.

AN: Polska gospodarka ma się dobrze, zatem nieruchomości wydają się być dobrą alternatywą dla miałkich lokat i spekulacyjnej giełdy.

WO: Mamy dualistyczną sytuację. Na rynkach w UE mówi się o tym, że jest słabo, a w gospodarce polskiej idziemy w dobrym kierunku. Nawet wskaźniki eksportu, jak sobie popatrzymy – PMI w polskim przemyśle – przyjmują wartości ponad 55 pkt. Dodatkowo spójrzmy na ceny wynajmu w miastach Europy oraz w Polsce. W UE w centrach niektórych miast jak Monachium, Paryż, Londyn, uzyskuje się 2 proc. stopy zwrotu rocznie na nieruchomościach. A w Polsce możemy osiągnąć do 10 proc. (w Warszawie 5-6 proc.). Więc mamy taką sytuację, że wiele osób chce nadal inwestować. Wielu Polaków, ucieka z pieniędzmi z giełdy, z lokat bankowych, z rachunków bankowych. A ponieważ lokata kapitału w nieruchomości zawsze była bezpieczną lokatą, spokojną – więc tutaj pokładają nadzieję, że będzie okej.

AN: Czy w tej sytuacji, biorąc pod uwagę wszystko to, co powiedziałeś: ceny mieszkań będą dalej rosły?

WO: Ceny będą rosły ze względu na to, że mamy deficyt na rynku i ten deficyt nie zostanie zaspokojony w najbliższych latach ze względu na to, że jeżeli nawet popatrzymy na wskaźnik z GUS’u to wyczytamy, że brakuje 1,5 mln mieszkań. Zatem jeżeli nawet rynek deweloperski buduje 220 tys. mieszkań rocznie (jak było w 2020 r.), to potrzeba nam 8 lat, żeby nasycić rynek. A przez ten czas, ponieważ produktu nie ma, to klienci przebijają się cenowo, a ceny nieruchomości będą rosły. Kolejna rzecz, która za tym przemawia. Prawdopodobny wpływ wzrostu stóp procentowych na ceny. Ale jak patrzymy na gospodarki UE, to tam od dawna takie niskie stopy procentowe są utrzymywane. A nawet gdyby poszły one w górę, to jeżeli w czasach kryzysu w 2008 ta stopa procentowa nie przekroczyła 6 proc., to raczej nie można się spodziewać takich górnych granic. Oczywiście przy 200 tys. zł kredytu i wzroście o 5 proc. stóp procentowych, rata rośnie nam o 600-700 zł, jednak przy flipowaniu nie ma to znaczenia.

AN: Bank Centralny Węgier czy Czech już zaczął podnosić te stopy procentowe. Może podnoszenie o kilka dziesiątych czy nawet w najgorszym przypadku o kilka procent stóp procentowych tak naprawdę nie będzie miało decydującego znaczenia dla cen rat kredytów?

WO: Stopy procentowe na pewno będą wzrastać. Choć Rada Polityki Pieniężnej mówi, że nie w tym roku. A czy w kolejnym i przed wyborami będzie chciała? Trudno powiedzieć. Tutaj nie ma racjonalnej logiki, kiedy partia rządząca będzie chciała wybronić się ze wszystkiego, to raczej do kolejnych wyborów będą starali się jakoś utrzymać aktualny poziom. Zatem symulacyjnie, podniosą co pół roku o 0,5 proc., ale to jest i tak mniejszy wzrost niż spadek, który nastąpił w związku z lockdownami. Dla przykładu – kwota kredytu – weźmy sobie 200 tys. Oprocentowanie 2,5 proc. Obliczamy raty równe. I mamy raty na poziomie 770 zł. I podnieśmy stopę procentową do 6 proc. Czyli dochodzimy do sytuacji, kiedy mamy 1199 zł. No i teraz mamy skrajny przypadek, że stopy rosną do 6 proc., a mamy jeszcze marżę banku i oprocentowanie, które wynosi np. 7,5 proc., czyli rata rośnie jeszcze bardziej.

AN: Ale to już będzie taki najbardziej czarny scenariusz, bo ta presja inflacyjna w Polsce będzie przejściowa.

WO: W każdym razie spójrzmy na wyliczenia. Rata na początku była na poziomie 770 zł, wzrosła ostatecznie do 1400 zł, czyli mamy 630 zł wzrostu. Zastanówmy się, co się stanie. Z jednej strony agencja nieruchomości Gut.pl donosi, że 90 proc. dzisiejszych klientów kredytuje się, kupując nieruchomości. To jest bardzo ciekawe. A więc mamy ludzi, którzy korzystają z sytuacji, zadłużają się, wykorzystują swoje zdolności kredytowe. A trzeba wziąć pod uwagę, że w dużej mierze banki biorą stopień zadłużenia do zarobków. I on nie powinien przekraczać 50 proc. Jeżeli zatem ktoś ma zarobki w okolicach 4000 zł na rękę, to rata nie może przekroczyć 2000 zł, przy założeniu, że mamy brak innych stałych obciążeń. I to jest sprawa pierwsza. Druga – mamy obciążenie, zadłużenie, jakąś historię kredytową, jesteśmy zatrudnieni, czyli banki biorą tutaj wiele rzeczy pod uwagę, niemniej jednak dzisiaj mamy sprzyjającą sytuację na rynku, w której te kredyty na dużą masę są udzielane.

AN: A z kim dziś przegrywają fliperzy? Z łowcami okazji czy najmu długoterminowego?

WO: Dzisiaj mamy bardzo kuriozalną sytuację. Bo gdy chcemy kupić mieszkanie dla siebie albo pod flipa, to przegrywamy z osobami, które chcą je kupić pod wynajem. Wchodzimy na przetarg, licytację komorniczą czy do zwykłego mieszkania i okazuje się, że ktoś daje gigantyczną kwotę w stosunku do naszych możliwości, a my rozkładamy ręce i mówimy: „No jak to?”. My sobie wyliczyliśmy, że kupujemy mieszkanie za 300 tys., a ktoś za nie daje 350 tys. i przebija wszystkich. I pytanie jest: czym to jest wywołane? I okazuje się, że to są inwestorzy najmu długoterminowego. Inwestorzy gotówkowi, którzy rokują nadzieję na to, że w ciągu 10 lat mieszkanie wzrośnie na swojej wartości. Dla nich wyłożenie na zakup mieszkania nawet dodatkowych 50 tys. nie zaniża mocno rocznej stopy zwrotu.

AN: Czy inwestorzy najmu długoterminowego wierzą we wzrost czynszów. Bo dziś są one z racji na pandemię obniżone. Perspektywa wzrostu?

WO: Tak. Czynsze w ostatnich latach nie szły w górę, więc znowu mamy niebawem przyszłość, w której czynsze będą rosły – i będzie to spowodowane kilkoma czynnikami, m.in. inflacją, wzrostem różnego rodzaju cen materiałów wykończeniowych, ale także i tym, że wartość wynagrodzeń rośnie. Być może dojdą różnego rodzaju podatki np. katastralny, który może zwiększyć koszt utrzymania takiej nieruchomości, a to się będzie przekładać na czynsze. Ale dzisiaj przychodzi inwestor i mówi: „Ja przewiduję, że nieruchomość, którą kupię i którą przetrzymam 10 lat, będzie bardzo dobrą lokatą kapitału. Bo przez 10 lat jest potencjał wzrostu wartości nieruchomości o 100 proc.”.

AN: Wojtku, wracając do pytania początkowego: rozmawiamy o tym, czy nadal jest dobry czas na inwestowanie w nieruchomości.

WO: Ja bym powiedział, że jeżeli chodzi o flipowanie, to znowu powrócę do tego, że jeżeli ktoś mówi, że jest za późno na inwestowanie, to on nie rozumie istoty inwestowania w nieruchomości. Flipowanie to nie jest spekulacja. My nie kupujemy po to, żeby liczyć na wzrost wartości cen w ciągu 6 miesięcy i sprzedać na końcu okresu za wyższą cenę – i wtedy zarabiamy. Nie. Jeżeli się tak dzieje, to jest to tylko wisienka na torcie, to jest dodatek, niespodzianka, to jest superprezent. My liczymy na coś innego – wbijamy się w łańcuch między kupującym a sprzedającym, i próbujemy na każdym etapie tego procesu zarobić zgodnie z naszymi umiejętnościami, sprytem, kreatywnością. Czyli na etapie poszukiwania nieruchomości i zakupu jesteśmy w stanie zarobić 20 tys., na etapie remontu jesteśmy w stanie zyskać kolejne 20 tys. I na umiejętności sprzedaży 20 tys. Biorąc pod uwagę te trzy etapy: mamy 60 tys. zysku – i to jest istota flipowania. Niezależnie, czy kupujesz na górce, na dołku, wcześniej, czy później – zarabiasz.

AN: Dobrze, a jak ktoś powie: „Jak przyjdzie kryzys, to i tak tracisz”, to co mu odpowiesz?

WO: Zgodnie z moją strategią, jeżeli od chwili zakupu możemy przewidzieć wartość zarobku, jeżeli jesteśmy w stanie przewidzieć wartość cen, to inwestowanie w nieruchomości działa na naszą korzyść. Bo załóżmy – kupiliśmy mieszkanie, wyremontowaliśmy, ponieśliśmy koszt 250 tys., sprzedajemy za 300 tys. Oczywiście dla różnych wartości można postępować analogicznie, jeśli chodzi o kalkulacje. I przychodzi kryzys, ceny wtedy spadają o np. 15 proc. Zatem dla przykładu przy 300 tys. 15 proc. to jest 45 tys. straty. Ale my chcieliśmy zarobić 50 tys., bo nasz próg rentowności jest 250 tys. Czyli zarabiamy 5 tys. – pomimo 15-procentowej korekty cen. A więc okazuje się, że pomimo kryzysu na flipowaniu można zarobić i nie można stracić. A gdyby się nawet okazało, że tracimy te 15-20 tys., to potem przychodzi okres, w którym się odbijamy. I po prostu na jednej transakcji na sto straciliśmy, a następnie zaczynamy odbijać straty. A więc jest to dość optymistyczne. I okazuje się, że flipowanie jest całkiem bezpieczne. To taka gwarancja dla inwestorów udzielana w dzisiejszych, dość niepewnych czasach.

Rozmawiała: Aneta Nagler
Zdjęcia: Krzysztof Staniucha

Hart ducha w nieruchomościach! – Strefa Nieruchomości

Hart ducha w nieruchomościach!

Rozmawiała: Aneta Nagler
Rozmowa z Beatą Namiotko
Zdjęcia i sesja Magda Moniczewska
Opiekun charta biorącego udział w sesji zdjęciowej – Joanna Snopkiewicz

W życiu, jak i w nieruchomościach czasem się upada, a czasem spija śmietankę i pije szampana. Ale jedno jest stałe – konsekwentna praca pomaga osiągnąć sukces.

Gdy kilkanaście lat temu chciała podróżować i zwiedzać świat, nie miała oszczędności. Intuicja i przykłady innych inwestorów przekonały ją wtedy do tego, że najlepszą drogą do osiągnięcia niezależności finansowej będą nieruchomości. Dziś ma na koncie ponad 150 flipów, zarządza mieszkaniami na wynajem długoterminowy, zajmuje się home stagingiem w swoich nieruchomościach. W tym aspekcie jest analityczna, skupiona na zadaniach, do których podchodzi w twórczy sposób. A kiedy zamyka drzwi do świata nieruchomości, wkracza w cudowny świat podróży, zwiedzania i kontaktu z naturą.
Ma za sobą niezapomniany trekking pod Mount Everest czy pływanie na desce na Rodos na Prasonisi. Jako ekspertka, trenerka i mentorka pomaga spełniać innym marzenia. Jej doświadczenie, wiedza i charyzmatyczna osobowość to zestaw cech, który przekonuje nawet największych sceptyków. Jak mówi w wywiadzie, czasem trzeba wyjść poza schematy, które nas ograniczają. Ale warto znaleźć w sobie impuls i wsiąść do odpowiedniego pociągu, aby być szczęśliwym.

Zapraszam do świata Beaty Namiotko.

Bliscy są moim fundamentem, zapewniają mi poczucie stabilizacji. Wszystko inne można kupić lub wymienić. Rodzina jest nie do zastąpienia.

Aneta Nagler: Zacznijmy od pytania o życie. Bez czego nie umiałabyś żyć?

Beata Namiotko: Bez męża i syna, bez rodziny. Oni dają mi wsparcie i akceptację. Bliscy są moim fundamentem, zapewniają mi poczucie stabilizacji. Wszystko inne można kupić lub wymienić. Rodzina jest nie do zastąpienia.

AN: Mówisz, że relacje i bliscy są dla Ciebie fundamentem, ale kochasz też podróżować. To jest jeden z kluczowych filarów Twojej aktualnej formy funkcjonowania – zarabiasz, pracujesz, ale i zwiedzasz.

BN: Zwiedzam, poznaję ludzi, nabieram dystansu, a przy tym odpoczywam w tempie ekspresowym. Lubię podróżować według planu. Jeśli nie mam kupionego biletu, odczuwam niepokój. W momencie, gdy samolot zaczyna się unosić, automatycznie zamykam przyziemne sprawy. A gdy ląduję, jestem w zupełnie innym świecie, w którym widzę nową perspektywę. Na miejscu działam spontanicznie, cieszę się chwilą i chłonę inny świat, do którego wkraczam. Wynajmuję samochód i szukam miejsca noclegowego. Na mojej liście jest kilka krajów, które chciałabym odwiedzić. Czytam o nich książki, przeglądam albumy fotograficzne, nim wybieram się w kolejne miejsce na mojej mapie podróżowania. Tak było np. z moim wyjazdem w Himalaje. Czytałam wszystko, aby wiedzieć i chłonąć to miejsce. Jednak impulsem do pojechania była świadomość ulotności chwili i śmierć alpinisty Tomasza Mackiewicza.

AN: Często decydujesz się na podróże pod wpływem impulsu. A co, jeśli kraj, który chcesz zwiedzić, jest niedostępny, tak jak miało to miejsce w covidzie?

BN: Chciałabym zwiedzić Australię, Filipiny, Ekwador i wyspy Galapagos. Ale czasem trzeba zweryfikować plany. Akurat te miejsca, w tym momencie, nie przyjmują turystów. Jednak nie rozpaczam z tego powodu, szukam innych możliwości. Otwarta jest Grecja, więc lecę właśnie tam. Uważam, że trzeba być elastycznym. Brać, to co daje nam życie . Nie można za wszelką cenę czekać na podróż życia. Bo ona może się nie wydarzyć.

AN: Czyli trzeba korzystać z chwili i z możliwości, które daje nam życie.

BN: Z jednej strony trzeba marzyć i planować, ale z drugiej wybierać to, co w danym momencie jest dostępne. Nie można niczego odkładać. Tak samo jest z podróżowaniem. Pewnego razu, na Teneryfie, urzekły mnie unoszące się nad ziemią kite’y. Miałam wrażenie, że latają jak motyle. Zainspirowało mnie to do tego stopnia, że na Rodos sama spróbowałam kitesurfingu. Ten sport daje niesamowite poczucie wolności. Fruniesz i wiesz, że żyjesz. A jeszcze bardziej zmotywowało mnie przypadkowe spotkanie z Jankiem Grzegorzewskim, mistrzem świata w kitesurfingu. Zanim stanął na desce, przez cztery lata solidnie trenował. Konsekwentna praca pomogła mu osiągnąć sukces. Upadał i się podnosił. Tak samo jest i w życiu, i w nieruchomościach.

AN: Wróćmy jeszcze do podróżowania. Jak zwiedzanie świata i poznawanie innych kultur zmienia Twój horyzont?

BN: Paradoksalnie im więcej udaje mi się zobaczyć, tym moje potrzeby stają się mniejsze. Perspektywa bardzo się zmienia, gdy spotyka się ludzi, którzy nie przywiązują wagi do tego, co mają. Na Cyprze zawsze zamawiam kawę u mężczyzny, który serwuje ją od 40 lat, w tej samej knajpce. Prowadzi lokalny biznes, kontynuując rodzinną tradycję. Ta kawa nie tylko wyśmienicie smakuje, ale jest też symbolem ogromnej pasji. I fascynujący jest ten barista, który nie ma aspiracji, aby chcieć i mieć więcej, niż potrzebuje. Jest szczęśliwy w tym miejscu, w którym jest. A do jego gości przychodzi refleksja, aby się zatrzymać, usiąść i w spokoju tę kawę wypić. Wielokrotnie podczas podróży zdarzało mi się zmienić plany, ponieważ wolałam spędzić czas z nowo poznaną, ciekawą osobą. Moje podróżowanie jest taką otwartą kartą. Ludzie nie wiedzą, że w pandemii można kupić bilety samolotowe w atrakcyjnych cenach, np. polecieć na Rodos za 380 zł w obie strony. Noclegi teraz też są dużo tańsze, na przykład na Santorini, gdzie ruch turystyczny znacznie się spowolnił.

AN: Co jeszcze dają Ci podróże?

BN: Mobilizują mnie do działania. Kiedy kupię bilet na wyjazd, moja praca staje się bardziej efektywna. Wizja odpoczynku mobilizuje mnie do jeszcze większej aktywności. Oczywiście, same podróże też bywają męczące. Trzeba spędzić wiele godzin w samolocie, uważać na klimatyzację. Ale mnie ciągłe „bycie w drodze” wcale nie przeszkadza. I jestem mistrzynią w pakowaniu oraz organizacji! Potrafię w małym bagażu podręcznym zmieścić rzeczy potrzebne na trzytygodniowy wyjazd. Nauczyłam się wybierać to, co najważniejsze. Dbam też o to, aby w każdej chwili być w gotowości na podróż, mieć niezbędne szczepienia, ciało w dobrej kondycji i ubrania na każdą okoliczność. I na safari, i na trekking w Himalajach. Takim impulsem może być właśnie podróż. Wtedy zaczynam namawiać do wspólnego wyjazdu moich bliskich i przyjaciół. Gdy uda się kogoś przekonać, jestem szczęśliwa.

AN: A czasem dzień przed odlotem czujesz, że odeszła Ci ochota na wyjazd?

BN: I wtedy zastanawiam się, po co mi to było. Dlatego jestem zdania, że decyzje o podróżach powinniśmy podejmować w momencie, gdy czujemy wysoki poziom endorfin. Bo kiedy bilet jest już kupiony, po prostu trzeba lecieć. To samo dotyczy sfery nieruchomości. Gdy zainwestujemy, nie ma odwrotu. Nieruchomość czeka na remont, a następnie na sprzedaż. A my na zysk.

AN: Decyzję o wyprawie w Himalaje też podjęłaś pod wpływem chwili?

BN: Himalajami interesowałam się bardzo długo. Czytałam książki o Nepalu. Dowiadywałam się szczegółów, niezbędnych do bezpiecznej podróży. Wiesz, w górach, tak jak w życiu, trzeba zdobyć solidną wiedzę i mieć fundamenty. Jednak impulsem do wyjazdu była śmierć himalaisty Tomasza Mackiewicza. Choć wcale nie zamierzałam wspinać się tak wysoko, jak on. Ale okazało się, że na Mount Everest znajduje się obóz bazowy – Everest Base Camp, który proponuje turystom piękny trekking przez malownicze wioski.

AN: Sama niosłaś plecak?

BN: Nie, skorzystałam z pomocy szerpy. Zrobiłam to z dwóch powodów. Po pierwsze chciałam zapewnić komuś możliwość zarobku. To jest ważne. Po drugie jestem zdania, że nie można iść do celu za wszelką cenę. Zdawałam sobie sprawę , że na dużej wysokości mogę mieć problem z oddechem. Ale jednocześnie zamierzałam wziąć udział w trekkingu, aby doświadczyć czegoś nowego. Myślę, że w każdej podróży pokonuje się samego siebie. Człowiek uczy się podejmowania szybkich decyzji. A jeśli pojawią się trudności, trzeba je rozwiązywać. To szkoła życia.

AN: Takie podejście jest adekwatne do Twoich działań w nieruchomościach. W trakcie pandemii stwierdziłaś, że nie będziesz czekała z założonymi rękami, tylko zaczniesz działać, bo na kryzys Cię nie stać.

BN: Trudne sytuacje nas zmieniają i budują. Coś tracimy, ale otwieramy się na nowe możliwości. Zaczynamy patrzeć inaczej, szerzej, z ciekawością i zaangażowaniem. Jeżeli mamy doświadczenie, inteligencję, chęć do pracy i umiejętność podejmowania decyzji, to żaden kryzys nas nie złamie. Pieniądze przecież zawsze można zarobić. Dużo trudniej jest mieć ciekawe życie.

AN: Sztuką jest wieść interesujące życie, zgodne z naszymi oczekiwaniami. Jak Tobie się to udaje?

BN: Nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań. Moje marzenia są realne. Poza tym mam plan, jak je osiągnąć. Nie przejmuję się tym, że ktoś ma więcej ode mnie. Nie wolno być zazdrosnym i porównywać się do innych. Zawsze znajdzie się ktoś bogatszy, szczuplejszy, mądrzejszy, z fajniejszym domem. Jeżeli odniesieniem byliby dla mnie inni, to nie osiągnęłabym życiowej równowagi.

AN: To co daje Tobie tę pełnię i szczęście poza rodziną, która jest Twoim fundamentem?

BN: Działanie, praca, dzielenie się, budowanie portfela nieruchomości na wynajem, flipowanie. Jestem jak myśliwy – wchodzę, patrzę, działam. Ogromną motywacją są dla mnie również sukcesy. Oraz poznawanie innych ludzi, kultur, doświadczanie niezapomnianych chwil.

AN: Żeby podróżować, trzeba mieć zdrowie. Jak dbasz o nie na co dzień?

BN: Pierwszym fundamentem jest zdrowe odżywanie, drugim – aktywność. Uprawiam trekking, bieganie, jazdę na rowerze. Za płotem mam las, więc biegam między drzewami. Zwłaszcza, że natura wpływa na mnie kojąco. Uwielbiam dzikie plaże, miejsca bez parasoli, bez promenad. A najbardziej kocham połączenie gór, morza i oceanu. Teneryfa, Góry Anaga, Madera – to moje ulubione miejsca.

AN: A co lubisz w nieruchomościach? Poznawanie nowych ludzi i ich życiowych doświadczeń, otarcie się o nowe relacje?

BN: Kluczowe jest zarabianie pieniędzy. Ale w tej branży mogę wykorzystać również inne predyspozycje. Przydaje się instynkt łowczego, który pomaga mi dostrzec potencjał nieruchomości, nawet gdy inni go nie zauważają. Poza tym mam zdolności organizacyjne. Podoba mi się, że nieruchomości to krótki, zamknięty proces. Kupuję, remontuję, robię home staging, sprzedaję. Nawet, jeśli jakaś nieruchomość mnie zmęczy, mam pewność, że wkrótce ją sprzedam, i to z zyskiem. A to mnie napędza do działania!

AN: Jesteś ekonomistką. Widzisz siebie jako księgową?

BN: Byłam księgową 10 lat. Ale nie samo księgowanie mnie fascynuje, tylko układanie pewnych procesów i poszukiwanie rozwiązań. Jeśli jakieś zajęcie staje się powtarzalne i schematyczne, zaczyna mnie nudzić.

AN: Zrealizowałaś ponad 150 flipów, inwestujesz w mieszkania na wynajem. Prowadzisz kurs „Flipowanie bez tajemnic”. Który obszar jest Ci najbliższy?

BN: Mentoring i szkolenia to moja nowa fascynacja, z którą wiążę wiele planów. Natomiast fundamentem jest flipowanie. Systematycznie buduję portfel mieszkań na wynajem. Zakup nieruchomości to bardzo dobra inwestycja, ponieważ one wciąż zyskują na wartości. Jeśli chcesz zarabiać, musisz działać. Nie ma innej drogi. Czasem trzeba wyjść poza schematy, które nas ograniczają. Ale warto znaleźć w sobie impuls i wsiąść do odpowiedniego pociągu. Zainwestować w fachową wiedzę i otoczyć się ludźmi, którzy zrobili rzeczy, o których marzysz. Ja wybrałam dokładnie taką drogę. Początkiem mojej było spotkanie ze Sławkiem Muturim. On miał wszystko, a ja – poza szczerymi chęciami – nie miałam nic. Ale zaczęłam działać, czytać i otaczać ludźmi, którzy we mnie wierzyli.

AN: Jakim kluczem powinny kierować się osoby, które szukają dobrego trenera i mentora?

BN: Powinny znaleźć swoją bratnią duszę, przewodnika, któremu wierzą. Kogoś, kto jest inny niż pozostali. Ja na pewno jestem inna. Do moich kursantów przemawia fakt, że udało mi się przebić w męskim, powiedzmy szczerze – trudnym świecie. Jeśli w moim przypadku stało się to możliwe, to na pewno innym też się powiedzie. Uczę moich kursantów nie tylko szybkiego podejmowania decyzji, ale też dawania sobie prawa do błędów. W życiu ważny jest progres, a nie perfekcja. Nie czekajmy na idealną nieruchomość i idealne rozwiązanie czy na podróż życia. Działajmy!

AN: A lubisz się dzielić wiedzą i okazjami inwestycyjnymi?

BN: Uważam, że dzielenie się wiedzą i mówienie prawdy to jedyna szansa, aby osiągnąć wyższy poziom rozwoju. Jeśli nie stosowałabym tej zasady, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem. Mój mentoring opiera się również na tym, że pokazuję kursantom błędy, które popełniłam. Nie ukształtuje się przedsiębiorcy, nie dając mu dobrego przykładu.

AN: Pandemia zmotywowała Cię do jeszcze większej pracy. Jak to mówią, strach nie powinien paraliżować działania?

BN: W każdej nowej sytuacji trzeba wsłuchać się w siebie. Przeanalizować swoje położenie, zdobyć wiedzę na temat tego, co się dzieje i jakie mogą być konsekwencje. A potem robić swoje. Dla niektórych firm sytuacja związana z pandemią była nowym otwarciem. Wielu przedsiębiorców zaczęło produkować środki do dezynfekcji czy do ochrony osobistej i zarobili na tym ogromne pieniądze. To kolejny przykład, że wyciąganie wniosków i działanie przynoszą efekty.

AN: Ale w pandemii brakowało za to spotkań, konferencji, eventów i możliwości wymiany doświadczeń. A to niezbędne dla inwestorów i inwestorek. Zamierzasz nadrobić ten czas?

BN: Planuję systematycznie i cyklicznie dzielić się wiedzą, dawać ludziom inspirację i motywację. Zamierzam prowadzić swój kanał na YouTubie, w którym dwa razy w tygodniu będę opowiadać o nieruchomościach, o flipowaniu, o wynajmie, z którym jestem związana od lat, ale i o podróżach, które dają mi poczucie wolności i spełnienia. Chciałabym, aby mój przykład dał ludziom odwagę do działania. Ja jestem zwyczajna, więc każdemu może się udać osiągnąć wolność finansową.

AN: Które stało się możliwe dzięki inwestycjom w nieruchomości.

BN: Tak. Nieruchomości dały mi wolność finansową, dzięki której mogę żyć tak, jak zawsze chciałam.

AN: Podróże mogą być gratyfikacją dla kogoś, kto wejdzie w ten świat.

BN: Oczywiście. Możesz realizować swoje pasje, sama dla siebie jesteś szefem i jeszcze na tym zarabiasz. Pracując w korporacji, masz 26 dni urlopu w roku. A inwestując, możesz żyć, jak chcesz. Podróżować, ale realizować też inne marzenia, jak na przykład uprawianie kosztownego sportu. Ludzie mają różne potrzeby i pragnienia. Chciałabym zbudować społeczność, dla której będę wsparciem w spełnianiu marzeń.

Ostra szpilka w deweloperce – Strefa Nieruchomości

Ostra szpilka w deweloperce

Wywiad z Dorotą Dymyt-Holko

Decyzje podejmuje z prędkością Pendolino. Jej cięte, choć zawsze merytoryczne riposty, zapadają w pamięć współpracownikom. – Deweloperka to wciąż męski świat, dlatego zachęcam kobiety, aby uwierzyły w siebie. Ten rynek daje dużo możliwości do samorozwoju i upiększania świata – mówi Dorota Dymyt-Holko, jedna z niewielu kobiet na rynku deweloperskim.

Aleksandra Zalewska-Stankiewicz: Kobiety w branży deweloperskiej to nie tylko inżynierki, architektki czy projektantki, ale także osoby zajmujące się marketingiem czy sprzedażą. Mimo wszystko, jest nas za mało. Z czego to wynika?

Dorota Dymyt–Holko: Rynek deweloperski nadal jest nastawiony na preferowanie mężczyzn. Uważam, że kobiety powinny mocniej wkroczyć do działania i przejąć stery. Nasze umiejętności i predyspozycje doskonale sprawdzają się w tej branży. Jesteśmy o wiele bardziej poukładane, konkretne i zorganizowane. Świetnie odnajdujemy się w sytuacjach stresowych, wtedy nasza kreatywność daje o sobie znać jeszcze bardziej. Musimy uwierzyć w siebie i swoje możliwości.

A.Z-S.: Nadal słyszy Pani opinie, że płeć ma znaczenie w tej branży?

D.D-H.: Panuje stereotyp, że budowlanka to typowo męski zawód. Ekipy budowlane, złożone w większości z panów, nie zawsze chętnie widzą kobietę w roli nadzoru. Kwestie sporne należy wtedy rozstrzygać w męskim stylu. Znacznie trudniej jest egzekwować rygor na budowie będąc traktowaną jak blondynka z kawałów. Dlatego czasem w ramach prowokacji lubię pojawić się na budowie w szpilkach.

A.Z-S.: W jakich innych sytuacjach stereotypowe myślenie na temat roli kobiety daje o sobie znać?

D.D-H.: Wiele razy usłyszałam, że kobieta na budowie przynosi pecha. Niektórzy mężczyźni nie wierzą w nasz profesjonalizm. Takie reakcje zdarzają się zwłaszcza wśród starszego pokolenia. Widzę jednak postępujące zmiany, młode pokolenie stawia na równość i otwartość w relacjach, naturalnie zanika więc stereotyp męskiego świata budowy.

A.Z-S.: Za to Pani świetnie sprawdza się w zarządzaniu mężczyznami. I paradoksalnie pasją do nieruchomości zaraził Panią właśnie mężczyzna.

D.D-H.: Tato od 36 lat prowadzi agencję nieruchomości na Dolnym Śląsku. Jest cenionym specjalistą, który wiele mnie nauczył. Przeszłam długą drogę od pośrednictwa poprzez flipowanie, zarządzanie, aż odnalazłam swoje miejsce w koordynowaniu procesów deweloperskich. Wszechstronne kierunki studiów jakie wybrałam pomagają mi zarówno w budowaniu relacji interpersonalnych, jak również pozwalają na płynne przechodzenie w procedury związane z inwestycjami. Prawo, marketing, wycena nieruchomości, certyfikacja energetyczna, a ostatnio studia deweloperskie w Wyższej Szkole Handlowej w Warszawie, zapewniają mi wewnętrzny spokój, że odnajdę się w każdej sytuacji. Każdy musi odnaleźć swoją drogę, moja była kręta i wyboista, tak jak w przypadku prowadzenia inwestycji, nigdy nie wiemy co może się wydarzyć.

A.Z-S.: Jak w tej branży wspierają się kobiety?

D.D-H.: Zdecydowanie za mało, obserwując fora internetowe w większości rządzą na nich panowie. Staram się wspierać wszelkie inicjatywy po kobiece na rynku nieruchomości, teraz jest czas kobiet. W bliskich mi spółkach deweloperskich znam jedną kobietę, która prowadzi duże inwestycje na terenie Wrocławia, zawsze staramy się współpracować i wspierać jeżeli pojawiają się problemy, które łatwiej jest rozwiązać wspólnie.

A.Z-S.: Jakie czynniki mają wpływ na sukces dewelopera, a raczej deweloperki?

D.D-H.: Dobry zespół, który jest nastawiony na realizację wspólnych celów. Do tego świetny projekt w rewelacyjnej lokalizacji, a o tę lokalizację jest coraz trudniej. Klienci oczekują coraz wyższego standardu przy zachowaniu rozsądnego poziomu cen. Zmieniają się potrzeby i styl życia na co musi szybko reagować rynek deweloperski. Covid zweryfikował projekty inwestycyjne, teraz czas na przygotowanie ich pod potrzeby klienta.

A.Z-S.: Jakie inwestycje obecnie Pani prowadzi?

D.D-H.: W ramach projektu „Lawendowy Mirków” stawiamy pod Wrocławiem osiedle 46 domów w ramach obecnej współpracy z Mieszkaj Logicznie. Wkraczamy też na rynek wołowski z inwestycją „Nowy Wołów”, która obejmuje osiedle 40 domów. Rozpoczynamy projekt „Zielony Domaszczyn”, a w samym Wrocławiu, przy ulicy Krzemienieckiej, budujemy ekskluzywne apartamenty w zabudowie szeregowej. Na brak zajęć nie mogę narzekać.

A.Z-S.: Branża deweloperska bezpośrednio wpływa na życie innych ludzi. Czuje Pani za to odpowiedzialność?

D.D-H.: Za każdym razem chodzi o to, aby dać ludziom coś więcej niż dom. Dlatego nie budujemy zwyczajnych betonowych stref, tylko takie miejsca, które będą żyły z naszymi mieszkańcami. Doskonałym przykładem jest wrocławska inwestycja „Rosarium”, przy której tworzeniu mogłam aktywnie uczestniczyć, wprowadziliśmy konkretne rozwiązania, aby ludziom żyło się lepiej. Na osiedlu powstały strefy adresowane bezpośrednio do dzieci, seniorów czy osób chcących uprawiać sport. Wprowadzaliśmy strefę zieloną, zainstalowaliśmy stoliki do szachów. Dziś klienci, kupując mieszkanie, chcą otrzymać nie tylko miejsce do życia i wypoczynku, ale jednocześnie przestrzeń do kontaktów międzyludzkich.

A.Z-S.: Czyli wracamy do bliskich kontaktów z sąsiadami, do których możemy wieczorem zapukać po szklankę cukru czy w sytuacji kryzysowej zostawić pod ich opieką dzieci. Nie chcemy już anonimowości?

D.D-H.: Odchodzimy od osiedli z drutem kolczastym. Chcemy poznawać sąsiadów, tworzyć z nimi społeczność. Stąd popularność grup sąsiedzkich w social mediach. Z rzeczywistości wirtualnej wychodzimy do ludzi i chcemy budować lokalne więzi, takie minimiasta.

A.Z-S.: Co Panią poza pracą nakręca w życiu?

D.D-H.: Rower i podróże zagraniczne. Lubię kupić bilet i jechać w nieznane. Poznać nowych ludzi, doświadczyć innej kultury i architektury. Spokojne hobby nie jest dla mnie, preferuję quady na pustyni i strzelectwo sportowe. To pomaga oczyścić umysł i zregenerować siły.

A.Z-S.: Czyli lubi Pani adrenalinę również poza budową?

D.D-H.: Jeśli na budowie jest jej za mało, to zawsze można podnieść jej poziom.

Rozmawiała: Aleksandra Zalewska – Stankiewicz

Biznes na sportowo – Strefa Nieruchomości

Rozmawiała: Aleksandra Zalewska-Stankiewicz

Moja idealna wizja inwestowania w nieruchomości to działanie w grupie, pod czujnym okiem doświadczonego organizatora, czyli takiej osoby, w roli której czuję się najlepiej – mówi Adam Grzymski, przedsiębiorca, inwestor, właściciel firmy „Ligowiec”, lider mazowieckiej grupy WIWN.pl®

Piłka nożna to nie tylko Twoja pasja, ale też flar, na którym oparłeś swój pierwszy biznes. Prowadzenie firmy przypomina w jakimś stopniu emocjonujący mecz?

Coś w tym jest. Od małego grałem w piłkę, mam za sobą grę w kilku warszawskich klubach piłkarskich. Swoją przygodę z tym sportem kończyłem w Gwardii Warszawa, a obecnie gram już tylko w Warszawskiej Lidze Oldbojów. Wychowałem się w piłkarskiej szatni, gdzie panują dość specyfczne zasady – z jednej strony rywalizacja do upadłego, ale z drugiej strony gra według zasad fair play. Jednak przede wszystkim najważniejsze jest zaufanie do kolegów z drużyny. Bazując na swoich doświadczeniach w sporcie trzymam się reguł 3 x „Z”, które przełożyłem także na sferę biznesową. Są to: zaufanie, zasady i zespołowość. Bez zaufania nie ma biznesu. Za moim sukcesem jako przedsiębiorcy stoi cały sztab ludzi, bez wsparcia których nie byłbym tu, gdzie jestem. Podobnie zasady. W sporcie te dotyczące rywalizacji są określone bardzo precyzyjnie. Tak samo powinno być w biznesie. Jeśli do czegoś się zobliguję i nagle okazuje się, że mogę na tym stracić, zawsze doprowadzam sprawę do końca. Właśnie dlatego, że ktoś mi zaufał. Firmę „Ligowiec” założyłem w wieku 20 lat. Pomysł był innowacyjny w skali kraju. Dziś jesteśmy największą w Polsce komercyjną ligą piłkarską dla amatorów. Generalnie spełniamy marzenia piłkarek i piłkarzy amatorów o uczestniczeniu w profesjonalnych rozgrywkach, a niektórzy mają szansę zostać nawet gwiazdami ligi.

Firmę prowadzisz już 21 lat. Jak sądzisz, co zdecydowało o tym, że projekt się udał?

Prowadzenie własnej firmy od początku pochłaniało bardzo dużo mojego czasu i kosztowało mnie wiele wyrzeczeń. Ale ja lubię dużo pracować. Szczególnie, gdy praca przynosi wymierne efekty. Znam wiele osób, którym pierwsze duże pieniądze przewróciły w głowach. Dla nas – dla mnie i dla mojej żony Anny – pieniądze nigdy nie były celem samym w sobie. Bliska nam jest zasada życia poniżej swoich możliwości finansowych, którą propaguje Sławek Muturi. Staramy się, aby dochody i wydatki określać w skali roku. Wtedy mało jest nas w stanie zaskoczyć. Po prostu trzeba sobie określić pułap życia i się go trzymać. Ważne też, aby pamiętać o „poduszce finansowej”.

„Ligowiec” nie zaspokajał w pełni Twoich ambicji, postanowiłeś pójść dalej. Dlaczego postawiłeś na inwestowanie akurat w nieruchomości?

Na rynku nieruchomości jesteśmy od bardzo dawna, ale nigdy nie byliśmy graczem na sto procent. Zawsze podstawą był „Ligowiec”, a nieruchomości to świadoma druga noga biznesowa. A wszystko zaczęło się przez przypadek. Swoje pierwsze mieszkanie kupiliśmy jako studenci, zapożyczając się w banku na astronomiczną kwotę 105 tys. zł. Żyliśmy w przekonaniu, że będziemy spłacać ten kredyt przez całe życie. Nie mieliśmy pojęcia o rynku finansowym. Kiedy w banku padło pytanie, w jakiej obcej walucie zamierzamy wziąć kredyt, zupełnie nieświadomie wybraliśmy dolary. Parę lat później zobaczyliśmy tytuł gazety „Dolar za 2 zł”. Zadzwoniliśmy do banku, aby zapytać, czy skoro braliśmy kredyt, gdy dolar był za 4 zł, to oznacza, że teraz mamy do spłacenia połowę naszego kredytu, a nie całość. Kiedy otrzymaliśmy potwierdzenie, zapożyczyliśmy się. Kredyt spłaciliśmy, a nieco później mieszkanie sprzedaliśmy za ponad 200 tys. zł. To był pierwszy sygnał, że na nieruchomościach można dobrze zarobić. Kolejne mieszkania, w których mieszkaliśmy, w dosyć szybkim czasie sprzedawaliśmy z zyskiem. Próbowaliśmy wszystkiego – inwestycji w mieszkania wakacyjne, w aparthotele nad polskim morzem. Mieliśmy też mieszkanie nad Morzem Czarnym w Bułgarii. Byliśmy też graczem na rynku cesji mieszkań z rynku pierwotnego, jeszcze przed kryzysem w latach 2007–2008. Oczywiście mieliśmy także mieszkania na wynajem, robiliśmy flipy i korzystaliśmy z innych dostępnych wówczas możliwości inwestowania w nieruchomości. Dzięki tym doświadczeniom wiemy, jak trzeba obecnie zachowywać się na rynku. Ponad trzy lata temu poznaliśmy Wojtka Orzechowskiego. Dzięki niemu usystematyzowaliśmy swoją wiedzę na temat obrotu nieruchomościami i umocniliśmy się w przekonaniu, że to najszybszy i najpewniejszy sposób pomnażania swojego kapitału.

Ta współpraca zaowocowała kolejnym pomysłem na siebie. Zostałeś liderem grupy mazowieckiej WIWN®. Co daje Ci ta działalność?

Przed pierwszym Maratonem WIWN® w Łodzi, na zamkniętej warszawskiej grupie FB zaprosiłem spontanicznie na spotkanie integracyjne innych uczestników warsztatów WIWN®. Na spotkanie w Warszawie przyszło niemal 50 osób, a z Łodzi przyjechał też Wojtek Orzechowski. Na kolejne spotkanie regionalne w Warszawie przyszło już 130 osób, dlatego zacząłem takie spotkania organizować regularnie. Wspólnie z Wojtkiem zauważyliśmy, że taka potrzeba istnieje również w innych miastach, gdzie także naturalnie wyłonili się inni liderzy. Wojtek to sformalizował i obecnie każde miasto wojewódzkie ma swoich liderów. Dziś mam za sobą kilkanaście spotkań regionalnych w Warszawie. Na jedno z ostatnich, na które zaprosiłem jako prelegenta Wojtka Woźniczkę – specjalistę od negocjacji – przyszło ponad 230 osób. Poza tematami typowymi dla tej branży poruszamy także kwestie wychodzące daleko poza ten biznes. Znalazłem się na takim etapie mojego życia zawodowego, że chciałem czerpać radość z działalności innej niż ta wykonywana na co dzień. To daje mi ogromną energię, poczucie satysfakcji, że dokładam swoją cegiełkę do rozwoju innych. To właśnie to, w połączeniu z moimi zdolnościami organizacyjnymi sprawiło, że stałem się liderem mazowieckiego WIWN®.

Moja idealna wizja inwestowania w nieruchomości to działanie w grupie, pod czujnym okiem doświadczonego organizatora, czyli takiej osoby, w roli której czuję się najlepiej.

Podkreślasz, że bardzo ważną rolę w Twoim życiu zawodowym odegrała Twoja żona, Anna Niemczyk- -Grzymska. Czyli w Waszym przypadku wspólna praca dopełnia małżeństwo, a nie odwrotnie?

Ania od zawsze mnie wspiera. W niektórych momentach rzucała swoją pracę zawodową i angażowała się w rozwój naszej firmy, a potem wracała na swoją ścieżkę. Sama od wielu lat zajmuje się home stagingiem i wystrojem wnętrz. Pomaga ludziom w przygotowaniu mieszkań do sprzedaży lub wynajmu. Wykonuje też tzw. szybkie metamorfozy wnętrz dla osób, które nie chcą pełnego remontu, a tylko niskobudżetowego odświeżenia swojego mieszkania czy domu. Klienci cenią ją za jej profesjonalizm, skuteczność i wyczucie smaku. Cieszą się też, że dba o ich portfele, bo z rozwagą wydaje ich pieniądze. Jej umiejętności pomagają w naszych flipach. To Ania projektuje i dekoruje nasze nieruchomości. Te komercyjne i te prywatne.

W jakim kierunku zamierzacie rozwijać swoje biznesy?

Mam nadzieję, że skoro nasza firma „Ligowiec” przetrwała tyle lat, to przetrwa co najmniej drugie tyle. Ania chce się skupić na własnej działalności, jednak nadal angażując się w sprawy naszych inwestycji. Moja idealna wizja inwestowania w nieruchomości to działanie w grupie, pod czujnym okiem doświadczonego organizatora, czyli takiej osoby, w roli której czuję się najlepiej. Jestem fanem pracy zespołowej. To jest ogromna siła, która umożliwia mniejszym graczom wejście na poziom wyżej, ponieważ wspólne działanie daje szersze możliwości i mniejszą konkurencję. Dla mnie jest to naturalna droga rozwoju dla inwestorów. W tym wszystkim bardzo ważna jest nasza rodzina. Mamy dwójkę fantastycznych dzieci. Chciałbym w taki sposób prowadzić działalność zawodową, aby móc poświęcać im jak najwięcej czasu. Zazwyczaj bardzo dużo pracuję, jednak udaje mi się wygospodarować takie okresy, gdy mogę wyłączyć telefon, e-mail i Internet. Nie ma wówczas ze mną żadnego służbowego kontaktu, ale nigdzie nie wyjeżdżamy, tylko normalnie żyjemy dniem codziennym, z żoną i dziećmi. Daje mi to duże wytchnienie. Nie byłoby to jednak możliwe bez moich współpracowników. Bez osób, które są mi w stanie pomóc. I tu znowu wracamy do zasady zaufania.

Jesteś znany z działalności charytatywnej. Jakim kluczem się kierujesz, wybierając osoby, którym chcesz udzielić wsparcia?

Dociera do mnie wiele różnych próśb o pomoc. Wiele lat temu z Anią zdecydowaliśmy, że będziemy pomagać potrzebującym dzieciom znajomych z naszego środowiska, związanego z piłką. Jedynym wyjątkiem było wsparcie drużyny piłkarek głuchych, które zdobyły tytuł najlepszej drużyny w Europie. Chciałbym w tym miejscu podkreślić, że moim zdaniem pomoc finansowa nie jest wystarczająca. Uspokaja jedynie sumienie. W naszej działalności charytatywnej wyznajemy zasadę, że najpiękniejsze, co można dać innym, to swój czas i zaangażowanie. Od wielu lat staramy się organizować charytatywnie różne imprezy i mecze piłkarskie o szczytnym celu. Zachęcam ludzi, aby wyszli ze swojej strefy komfortu. Aby sprawdzili, kto z ich najbliższego otoczenia potrzebuje pomocy i zaczęli działać. To o wiele trudniejsze niż szybkie zrobienie przelewu w odpowiedzi na jakąś anonimową akcję. I przynosi więcej satysfakcji.

Lubisz działać spontanicznie, a przy tym masz sporo szczęścia. Na ostatnim Maratonie wygrałeś zaproszenie na warsztaty WIWN® i postanowiłeś przeznaczyć je na licytację…

Tak. I zostało ono wylicytowane za 4 tysiące złotych. W grach losowych szczęścia raczej nie mam, ale w życiu na pewno mi sprzyja. Poza tym szczęściu trzeba umieć pomóc. Generalnie każdego dnia przedsiębiorca podejmuje mnóstwo drobnych decyzji. Suma złych może spowodować katastrofę, ale suma tych dobrych może doprowadzić do wielkiego sukcesu. Do tego trzeba zachowywać zdrowy rozsądek i twardo stąpać po ziemi. Pokora, współpraca i szacunek w biznesie to podstawa. Bez szacunku dla drugiego człowieka trudno jest rozwijać zdrowy biznes.

Bez zaufania nie ma biznesu.